"Amy": Zwyczajna dziewczyna

Nieznana, prawdziwa historia wielkiej gwiazdy - błyskotliwej dziewczyny, obdarzonej wyjątkowym talentem, która w rekordowo krótkim czasie osiągnęła szczyty sławy. Przejmująca opowieść o inteligentnej i skomplikowanej kobiecie, która chciała tylko, aby ją kochano. 7 sierpnia na ekrany polskich kin trafi wyjątkowy dokument o Amy Winehouse.

Amy Winehouse w obiektywie Nicka Shymansky'ego

Kim była naprawdę Amy Winehouse, która z dnia na dzień stała się ikoną światowej muzyki? Jak odmieniło ją spotkanie z mężczyzną, którego obdarzyła uczuciem silniejszym niż narkotyk? Co ukrywała przed światem? Dlaczego zginęła w tajemniczych okolicznościach w wieku zaledwie 27 lat?

Reklama

"Amy" to trzymająca w napięciu historia, stworzona z nieznanych dotąd materiałów, kręconych ukradkiem ujęć, zbliżeń i wyznań. Przejmujący film, który ukazuje prawdziwą historię, znaną tylko z plotkarskich portali i pierwszych stron gazet.

W dokumencie Asifa Kapadii kluczowe wydają się opowieści Nicka Shymansky'ego, pierwszego menadżera Winehouse. On nie tylko głęboko ją rozumiał - i kochał - ale miał także dostęp do materiałów, które okazały się kluczowe dla filmu.

Dla Chrisa Kinga, montażysty, Shymansky był pierwszym przewodnikiem po historii Amy. - Nick był niezwykle ważny - wyjaśnia. - Rozmawialiśmy też z jej przyjacielem Tylerem Jamesem i oni obaj opisywali ją jako dziewczynę, która pisała poezję i muzykę z bardzo osobistych powodów. Ich opinie dlaczego to robiła mogły się różnić, ale byli zgodni w tym, że było to dla niej oczyszczające i pomagało jej poradzić sobie z problemami.

- Mieliśmy masę zdjęć z koncertów, ale niewiele z czasów dojrzewania Amy, bo jej kariera zaczęła się bardzo szybko - mówi Kapadia. - Na materiałach, które pokazał nam Nick, widać natomiast dziewczynę, jaką Amy była. Od razu rzucało się w oczy, jaka to inteligentna, wyjątkowa, a jednocześnie zwyczajna osoba. Wiedziałem, że mógłbym zrobić film z samych tych wczesnych zdjęć.

- Bardzo często patrzy ona prosto w obiektyw, prosto na publiczność - mówi reżyser. - To bardzo mocne obrazy. Na wielu z nich ona sama kieruje kamerę na siebie i filmuje. Są też bardzo osobiste fotografie zrobione na komputerze przy pomocy programu Photo Booth. Od samego początku wydawały mi się niesamowitą wizualną podróżą. A potem obiektywy aparatów w zupełnie inny, agresywny sposób, skierowali na nią paparazzi - dodaje Kapadia.

Według filmowców najgorsze, co mogło ich spotkać, to opinie widzów, że wszystko to już widzieli wcześniej w mediach. Ale dzięki pracy włożonej w "Amy" mieli w zasadzie pewność, że tak się nie stanie. I nie chodziło tylko o jakość przeprowadzonych wywiadów i materiałów, które zdobyli, ale o perspektywę, z jakiej spojrzeli na słynną piosenkarkę.

- Bardzo uważaliśmy, żeby nie powielać wszystkich tych okropieństw, które słyszało się wcześniej - mówi producent James Gay-Rees. - Jaki byłby sens wracać do całej tej medialnej burzy? Musieliśmy sięgnąć dużo głębiej.

Kapadia czuje, że udało im się dotrzeć do sedna tej historii. - To film o Amy i jej sztuce - mówi. - Ludzie do tej pory nie zdawali sobie sprawy, jak ważne były teksty jej piosenek. Samo pokazanie ich na ekranie pozwala widzom zrozumieć, że piosenki, do których mogli tańczyć, miały bardzo osobisty przekaz.

Dla twórców, "Amy" to także film o miłości. - To opowieść o osobie, która chciała być kochana - mówi reżyser. - O kimś, kto potrzebuje miłości, ale nie zawsze ją otrzymuje. Często ci, który okazywali jej miłość, byli przez nią odpychani. Była bardzo skomplikowaną, inteligentną dziewczyną. "Amy" to film o miłości.

Dowiedz się więcej na temat: Amy | Amy Winehouse

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje