Ambitni, aktywni, niepokorni. Kim byli dżentelmeni PRL-u?

"Każdy z nich chciał się doskonalić, stawać się coraz lepszym. Ambicja i aspiracje są czymś, co wyjątkowo ich wszystkich łączy" - mówi w rozmowie z RMF FM Emilia Padoł, dziennikarka i autorka "Dżentelmenów PRL-u". W książce, która za kilka dni trafi do księgarń, przedstawia losy dziewięciu gwiazd, które błyszczały w szarej PRL-owskiej rzeczywistości: Leopolda Tyrmanda, Marka Hłaski, Leona Niemczyka, Zbigniewa Cybulskiego, Stanisława Mikulskiego, Jana Nowickiego, Jerzego Zelnika, Andrzeja Łapickiego i Daniela Olbrychskiego.

Jerzy Zelnik w filmie Jerzego Kawalerowicza "Faraon"

"Bardzo mi zależało na tym, żeby to nie były ani jednowymiarowe laurki, ani bezsensowne próby oceny. Chciałam ich pokazać jako ludzi szalenie ciekawych, do których może nam być bliżej lub dalej, ale którzy byli fascynujący" - podkreśla Padoł.

Trudno byłoby zacząć rozmowę o ikonach PRL-u bez nawiązania do ich bieżących "wyczynów". Dlatego na początek trochę prowokacyjnie pytam autorkę o jej ocenę samochodowo-alkoholowej historii z Danielem Olbrychskim w roli głównej i medialną krucjatę Jerzego Zelnika, który jednego dnia mówi o "koszmarnie połamanych" dzieciach z in vitro, a następnego dnia przeprasza i prostuje swoje słowa. Emilia nie daje się podpuścić.

"Mnie to jakoś bardzo nie szokuje" - zastrzega na wstępie. "Jeżeli chodzi o Olbrychskiego, to oczywiście, zrobił coś ewidentnie nierozsądnego. Absolutnie nie zamierzam go usprawiedliwiać" - dodaje. Podkreśla jednak, że ta sprawa miała jeszcze jeden aspekt - mówiący wiele nie tyle o samym aktorze, co o odbiorcach wiadomości o tym, w jakich okolicznościach odebrano mu prawo jazdy. "Bardzo wiele osób to podchwyciło jako argument, żeby go w jakiś sposób zdyskredytować. Rozpętała się nagonka na Olbrychskiego. W internecie, na Facebooku, Twitterze, czy forach, na jego głowę były wylewane wiadra najczystszego hejtu" - ocenia. Medialno-ideologiczne zaangażowanie Jerzego Zelnika komentuje krótko: "Bardzo się uniezależnił, odizolował od środowiska. Już jakiś czas temu wyszedł ze swoim konkretnym programem i ma misję nawracania. Piszę o tym  zupełnie wprost, sięgając do jego ostatnich wywiadów".

Reklama

Czy można w takim razie powiedzieć, że dawni dżentelmeni zagubili się w nowej rzeczywistości, bo nikt nie umie zagospodarować ich potencjału, nie ma na nich pomysłu? Emilia nie do końca zgadza się z taką interpretacją. "Wielu z bohaterów tej książki miało pęd do tego, by być aktywnym - w różny sposób, na różnych polach. Tych, którzy jeszcze żyją, bacznie obserwujemy i różnie oceniamy. Pytanie, czy oni sami mają na siebie pomysł" - zauważa.

Bohaterowi książki to dziewięciu mężczyzn o różnych poglądach, życiorysach i osiągnięciach. Która z ich wspólnych cech budzi największe uznanie? Za którą można zatęsknić we współczesnej polskiej rzeczywistości?

"Moi bohaterowie to ludzie, którzy potrafili ciężko pracować na swój sukces. Łączyła ich wielka aktywność i ambicja. To dzięki nim szli w konkretnym kierunku. Każdemu z nich - czy pisał, czy grał, czy zabierał się za reżyserię - o coś chodziło. Mam poczucie, że dzisiaj jest z tym ogromny problem. Kreatywność, bezkompromisowość - to gdzieś ginie" - ocenia Emilia. "Dzisiaj bardzo ważne stają się zupełnie nieistotne rzeczy. Ktoś, kto jest bardzo wypromowany, wszędzie występujący, często tak naprawdę nie ma żadnych osiągnięć, nie robi niczego wartościowego" - dodaje.

Zwraca też uwagę na wpływ silnie zintegrowanego środowiska, które dostarczało dżentelmenom PRL-u energii i inspiracji. "To miało ogromną wartość. Ludzie się wzajemnie napędzali. Tak powstawały dobre filmy, za którymi tęsknimy, literatura, którą ludzie wciąż chcą czytać..."  - mówi. "Czasami dobre rzeczy wychodziły z jakiejś rywalizacji, innym razem z przyjacielskiego wspierania się, rozmów, czy w ogóle bycia, życia wśród ludzi"- tłumaczy.

Gdy pytam Emilię, czy po liście dżentelmenów PRL-u byłaby w stanie stworzyć analogiczny zbiór obejmujący czasy po 1989 roku, szczerze przyznaje, że miałaby z tym problem. "To jest szalenie trudne. Pojawia się pytanie - czy my tych dżentelmenów dalej mamy?" - stwierdza. "Trzeba się zastanowić, co miałoby definiować dżentelmena w tym tak potwornie zmieniającym się świecie, w tych zupełnie innych okolicznościach" - precyzuje. "Ta książka i jej bohaterowie uświadamiają, jak bardzo zmieniła się rzeczywistość, w której żyjemy, jaka przepaść dzieli te dwie epoki, jak nie da się już myśleć tymi samymi kategoriami" - wylicza.

"Dżentelmeni PRL-u" to zbiór pełen paradoksów tak jak życiorysy jego bohaterów. Choć nie powstał w oparciu o jakiś nowy, nieznany wcześniej materiał, pozwala spojrzeć na gwiazdy słusznie minionej epoki w sposób inny od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
"Bardzo mi zależało na tym, żeby to nie były ani jednowymiarowe laurki, ani bezsensowne próby oceny. Swoich bohaterów chciałam pokazać jako ludzi szalenie ciekawych, do których może nam być bliżej lub dalej, ale którzy byli fascynujący. Z tym wszystkim, co było w nich dobre, złe, irytujące czy trochę głupie" - wyjaśnia autorka. "Oni na lata stali się ofiarami, zakładnikami swoich najsłynniejszych wizerunków. To jest oczywiście smutne - tak naprawdę są o wiele ciekawsi, o wiele bardziej skomplikowani. Każdy z nich zasługuje na dużo głębsze odkrycie" - sugeruje.


Pytana o tajemnice swojego warsztatu autorka zdradza, ze nie kontaktowała się ani z żyjącymi bohaterami jej książki, ani z rodzinami tych, którzy już odeszli. "Miałam takie założenie, że opisuję ich z zewnątrz, nie konfrontuję bezpośrednio. To ma swoje plusy i minusy, ale postanowiłam sobie, że właśnie tak to zrobię" - podkreśla. Przyznaje jednocześnie, że co najmniej kilku swoich bohaterów chciałaby spotkać w okresie, gdy byli na szczycie.

"Z Danielem Olbrychskim chciałabym porozmawiać nie tylko teraz, ale także spotkać go takiego, jaki był 40, czy nawet 50 lat temu - kiedy był jeszcze bardziej niepokorny, trochę narwany. Tyrmanda też chciałabym poznać, ale niekoniecznie dlatego, że mam dla niego jakiś wielki podziw i byłaby między nami komunia dusz i poglądów. Bardzo mnie ciekawi i jako człowiek, i jako zjawisko. Wszędzie, gdzie był, odwracał się w inną stronę niż wszyscy..." - wylicza Emilia.  "Ale na kawę chyba najbardziej chciałabym umówić się  z Andrzejem Łapickim - jego ogromna inteligencja i dowcip po prostu nie dają o sobie zapomnieć" - dodaje.

Maciej Nycz, RMF FM

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje