2016 w kinie: Największe filmowe rozczarowania

Rok 2016 obfitował w bardzo udane produkcje, my nasze podsumowania zaczniemy jednak od rozczarowań. Mając je z głowy, będziemy mogli w kolejnych dniach spokojnie cieszyć się najlepszymi aspektami dzieł, które w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy trafiły na ekrany polskich kin.

"Mad Max: Na drodze gniewu" bez Oscara za reżyserię

Reklama

Gdy czwarta część "Mad Maxa" pojawiła się w kinach, film z miejsca stał się faworytem sezonu nagród w kategoriach technicznych. Natomiast docenienie przez Akademię George'a Millera, reżysera widowiska, wydawało się nieprawdopodobne - mimo że Oscary trafiały w ostatnich latach w ręce twórców wizualnych widowisk (Ang Lee za "Życie Pi", Alfonso Cuarón za "Grawitację"). Nadzieja pojawiła się wraz z pierwszymi nagrodami stowarzyszeń krytyków, które kolejno honorowały Millera. Niestety, pod koniec sezonu oscarowego Złoty Glob i nagroda Gildii Reżyserów trafiły w ręce Alejandro G. Iñárritu za miejscami epicką, ale nader często popadającą w kicz, "Zjawę". Ostatecznie to właśnie on otrzymał statuetkę za najlepszą reżyserię. Szkoda. Na szczęście "Mad Max" triumfował w kategoriach technicznych, zdobywając łącznie sześć Oscarów.

Przy okazji - Oscara za najlepszą piosenkę powinna otrzymać Lady Gaga.

"X-Men: Apocalypse" - niesatysfakcjonujące zwieńczenie serii

Seria "X-Men" znacząco wpłynęła na kształt współczesnego kina superbohaterskiego. Cykl miał swoje gorsze chwile, lecz w 2011 roku triumfalnie powrócił za sprawą "Pierwszej klasy", która swym klimatem nawiązywała do kina szpiegowskiego lat sześćdziesiątych. Kolejne części również miały być ściśle powiązane ze stylem charakterystycznym dla kolejnych dekad XX wieku. Niestety, dziejący się w latach osiemdziesiątych "X-Men: Apocalypse" zawodzi na wszystkich możliwych polach. Raz, że seria nawet nie tyle stoi w miejscu, co cofa się w stronę swych pierwszych odsłon, zupełnie nie zwracając uwagi na ewolucję gatunku. Dwa, że nie proponuje nic nowego. Nawet najlepsza sekwencja filmu - z potrafiącym biegać z nadludzką szybkością Quicksilverem (Evan Peters) - jest powtórką z poprzedniej części cyklu. Trzy, że trzeba mieć niesamowity talent, by zmarnować taką obsadę. Michael Fassbender, James McAvoy, Jennifer Lawrence i ukryty pod tonami charakteryzacji Oscar Isaac. Wszyscy oni zasłużyli na lepsze role. Nam na pocieszenie pozostaje filmowy Pruszków i Fassbender śpiewający kołysankę po polsku.

"Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" - epizod Johnny'ego Deppa

Powrót do świata Harry'ego Pottera okazał się nie do końca udany, szczególnie jeśli chodzi o postaci - z nieznośnym Newtem Scamanderem w interpretacji Eddiego Redmayne'a na czele. Wśród członków obsady wybijał się Colin Farrell. Chociaż film nawet nie stara się ukryć, że grany przez niego Percival Graves jest jednoznacznie negatywnym bohaterem, aktorowi udaje się bawić swoją jednowymiarową postacią. Jest przerażający w scenach przesłuchań i oślizgły, gdy manipuluje zamkniętym w sobie Credencem (Ezra Miller). Chociaż w finale jego machlojki wychodzą na jaw, złoczyńca nie ginie. I gdy cieszymy się, że powróci w kolejnych częściach, okazuje się, że persona Gravesa była tylko przykrywką dla złego czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda. W tego wciela się Johnny Depp, wciąż niepotrafiący pozbyć się maniery Jacka Sparrowa. Według twórców to właśnie on, nie Farrell, pojawi się w sequelach. Czyli jednak straciliśmy udany czarny charakter.

Ograniczona dystrybucja wielu ciekawych filmów

Jeśli śledzicie tegoroczny wyścig oscarowy, na pewno trafiliście na "Aż do piekła" Davida Mackezniego. Ten współczesny western z mocnym akcentem społecznym pojawia się w zestawieniach najlepszych filmów roku, z kolei grający w nim Jeff Bridges i Ben Foster mają spore szanse na nominacje w kategoriach aktorskich. Dla wielu może być zdziwieniem, że film ten gościł już na ekranach polskich kin. Niestety, trafił do nich w ograniczonej dystrybucji, stąd też wielu widzów mogło go przegapić. Nie jest to jedyny taki przypadek. 2 grudnia swą premierę miał bardzo udany koreański horror "Lament". Niestety, w największych miastach w Polsce można go obejrzeć wyłącznie w kilku kinach studyjnych. Oczywiście zrozumiałe są kwestie finansowe kierujące dystrybutorami. Szkoda jednak, że nie udaje się nam obejrzeć wielu ciekawych filmów, chociaż mają one swe polskie premiery.

Słaba forma ulubionych twórców

Rok 2016 obfitował w premiery filmów uwielbianych przez widzów reżyserów. Niestety, spora część z nich okazała się bolesnymi zawodami. Nie potrafiący powtórzyć magii swoich wczesnych filmów Tim Burton zaproponował mdły "Osobliwy dom Pani Peregrine", w teorii mający wszystkie czynniki charakteryzujące twórczość reżysera. Ale gdy nie wychodzi mu nawet pojedynek z udziałem armii szkieletów, wiemy, że dobre czasy minęły bezpowrotnie. Zawiódł także Woody Allen przy okazji nudnej i przegadanej "Śmietanki towarzyskiej". Można wyliczać dalej: "Neon Demon" Refna, "Sprzymierzeni" Zemeckisa, przeintelektualizowany "Nowy początek" Villeneuve'a. Nawet kontynuacja przygód rybki Dory okazała się zaledwie poprawna - co stawia ją wśród mniej udanych produkcji studia Pixar.

"Legion samobójców" - Joker Jareda Leto

Morderczy klaun i nemezis Batmana jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych złoczyńców w historii popkultury. Szaleniec ostatni raz gościł na ekranach kin w "Mrocznym Rycerzu" Christophera Nolana. Owa interpretacja została wpisana do kanonu filmowych czarnych charakterów, a odtwarzający Jokera Heath Ledger został pośmiertnie nagrodzony wszelkimi możliwymi wyróżnieniami. Gdy ogłoszono, że w nową wersję postaci w "Legionie samobójców" ma wcielić się Jared Leto, oczekiwania były bardzo wygórowane. Pierwsze wątpliwości pojawiły się wraz z ujawnieniem nowego wyglądu złoczyńcy, z licznymi tatuażami i metalową nakładką na zęby. Plotki mówiły o całkowitym zatraceniu się Leto w roli i jego nietypowych prezentach dla kolegów z planu - z martwym szczurem i zużytymi kondomami na czele. Joker był także centralną postacią podczas promocji "Legionu samobójców". Ostatecznie okazało się, że postać pojawia się w filmie na 10 minut. W tak krótkim czasie widzowie zostają pozbawieni wszelkich złudzeń. Leto raz śmieje się histerycznie, innym razem robi groźne miny, a w całej fabule jest raczej zbędny. Joker Ledgera fascynował od pierwszych chwil. Ten tylko irytuje.

"Sausage Party" - finałowa scena orgii

To jeden z tych filmów, podczas których chce się wyjść z sali kinowej, ale widz ciągle siedzi na swoim miejscu. Z jednej strony kręci głową z zażenowania, z drugiej jest ciekawy, jakim niesmacznym dowcipem uraczą go zaraz twórcy. Seth Rogen i Evan Goldberg słyną z humoru przekraczającego granice dobrego smaku, jednak zwykle nie stanowił on dla nich celu sam w sobie. Pod otoczką żartów o seksie potrafili przedstawić historię o dorastaniu i pierwszej miłości ("Supersamiec") czy jeden z ciekawszych filmów świątecznych ostatnich lat ("Cicha noc"). W wypadku "Sausage Party" dostajemy historię niewyżytych seksualnie produktów spożywczych i szereg nawiązań do panujących na świecie napięć religijnych. Wszystko kończy się apelem o miłość i orgią, w centrum której znajduje się sześciokąt dwóch parówek, bułeczki, taco, bajgla i lawaszu. Aha, zapomnielibyśmy - antagonistą jest irygator do przepłukiwania pochwy.

"Co ty wiesz o swoim dziadku?" - Robert de Niro

Wydaje się, że w okolicach 2002 roku Robert de Niro stwierdził, że już mu się nie chce. Od tego czasu występuje w kilku filmach rocznie, głównie w generycznym kinie gatunkowym. Oczywiście od tego czasu zdarzały mu się też dobre momenty. Za "Poradnik pozytywnego myślenia" (2012) otrzymał swą pierwszą od ponad dwudziestu lat nominację Oscara, a w "American Hustle" (2013) wystarczyła mu zaledwie jedna scena, by wykreować postać bezwzględnego gangstera. Niestety, to jedynie chwilowe powroty de Niro do dawnego poziomu. Kiedy pogodziliśmy się z faktem, że nie zobaczymy już kreacji na miarę "Taksówkarza" czy "Wściekłego byka", pojawił się film "Co ty wiesz o swoim dziadku?". Z de Niro wylewa się potok seksistowskich, rasistowskich i homofobicznych odzywek, a jego głównym zajęciem jest ciągłe upodlanie swojego wnuka (w tej roli Zac Efron) - głównie poprzez kwestionowanie jego seksualności i atakowanie jego krocza. Najbardziej pokrzywdzeni wydają się jednak widzowie.

Nawał niepotrzebnych sequeli i remake'ów

Ktoś czekał na powrót "Złego Mikołaja" po trzynastu latach od premiery pierwszej części? Może był ciekawy, jak potoczyły się losy bohaterów "Sąsiadów"? Albo czuł niedosyt po "Alicji w krainie czarów" z Johnnym Deppem w roli Szalonego Kapelusznika? Czekał z niecierpliwością na kontynuację "Dnia niepodległości" lub "Iluzji"? Jeśli ktoś nie znalazł nic dla siebie w zalewie niepotrzebnych sequeli, zawsze pozostawały jeszcze liczne remake'i, z okropnym "Ben Hurem" na czele.

Należy zaznaczyć, że samo wracanie do starych pomysłów lub kręcenie kontynuacji nie jest złe z definicji. Wystarczy, że twórcy mają artystyczną wizję (jak Ryan Coogler w przypadku kontynuacji serii o Rockym Balboa - "Creed - Narodziny legendy") lub przynajmniej proponują fanom coś nowego w ramach serii (jak w "Doktorze Strange", czternastej części cyklu kinowego uniwersum Marvela). Niestety, w większości wypadków za powstaniem kolejnych sequeli i remake'ów z roku 2016 stała tylko chęć zysku.

Największy zawód 2016 roku: "Batman v Superman - Świt sprawiedliwości"

Na najwyższym stopniu podium mógł stanąć tylko jeden film. W założeniu miała to być odpowiedź na sukces komiksowego uniwersum Marvela, rozpoczynająca serię adaptacji historii obrazkowych z superbohaterami DC Comics. Za kamerą reżyser kontrowersyjnego "Człowieka za stali" Zack Snyder. Scenariusz przepisał Chris Terrio, nagrodzony Oscarem za "Operację Argo". Gwiazdorska obsada z Benem Affleckiem jako nowym Batmanem na czele. Mnóstwo nadziei, jeszcze więcej obaw. Nikt nie spodziewał się jednak tego, co ostatecznie trafiło do kin. Scenariusz niemający za grosz sensu, z wątkami urywanymi w połowie i postaciami mającymi szczątkową motywację. Przesadzone sceny akcji, ograniczające się do bezmyślnej destrukcji i powtarzanego raz za razem zwolnionego tępa. Wszystko skąpane w mroku i podane z absolutną powagą, mimo absurdu fabuły. Superman wypowiadający przez cały film zaledwie 40 zdań. Wisienką na tym niesmacznym torcie okazał się Jesse Eisenberg jako Lex Luthor - znerwicowany do potęgi Mark Zuckerberg z "The Social Network".

Na szczęście film ma też kilka znaczących zalet. Ben Affleck poradził sobie zaskakująco dobrze z rolą Batmana, za co zyskał pochwały widzów i krytyków. Natomiast wytwórnia Warner Bros zdaje się zauważać niedogodności "Batman v Superman" i stara się uniknąć ich w kolejnych filmach z serii. Póki co wychodzi im różnie ("Legion samobójców"), ale wciąż trzymamy za nich kciuki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje