Reklama

Sylwia Gliwa: Jak dobierać partnerów życiowych?

Jak sama przyznaje, w ciągu dwunastu lat grania w serialu "Na Wspólnej" w jej życiu zmieniło się niemal wszystko - z dziewczyny wynajmującej pokoik w Warszawie, Sylwia Gliwa stała się dojrzałą aktorką, matką i żoną.

Serial niedawno obchodził swoją rocznicę - 12 lat na antenie. Pamięta pani początki?

- Doskonale. Przyszłam na casting i powiedziałam, że bardzo się spieszę, bo jestem umówiona na obiad u cioci. Nie dałam im szansy na maglowanie mnie. Chyba odnieśli wrażenie, że ten obiad jest dla mnie ważniejszy niż casting. To, co zrobiłam, było odważne, okazało się, że dzięki temu zostałam zapamiętana. Czasami to jest najważniejsze.

Podobno początki pracy na planie związane były z wielkim tempem pracy...

- Serial zaczynaliśmy kręcić późną jesienią. Wynajmowałam pokoik na Placu Konstytucji, wychodziłam z domu, kiedy było ciemno, a wracałam po zmroku. Uczyłam się 12-13 scen na następny dzień, chodziłam spać po pierwszej w nocy. Nie widziałam się ze znajomymi do wiosny. To była harówa, ale po trzech latach takiej morderczej pracy kupiłam mieszkanie. Pracowaliśmy intensywnie, w zamian za co byliśmy dopieszczeni finansowo.

Reklama

Jak zmieniło się pani życie przez te 12 lat?

- Przede wszystkim dojrzałam jako aktorka i jako człowiek, trochę podróżowałam, wyszłam za mąż, mam dziecko, nie spotkało mnie żadne nieszczęście. Wiedzie mi się dobrze, nie mogę narzekać.

Wielu aktorów ciągle szuka jakiegoś zajęcia, pani ma stałą pracę. Szczęście pani sprzyja.

- Jestem szczęściarą, nie każdy aktor w tym kraju może być przed kamerą kilka razy w tygodniu. Ale trzeba pamiętać, że to wolny zawód, na przykład kobieta, która rodzi dziecko, nie ma urlopu macierzyńskiego, żadnej ochrony, wsparcia finansowego. Urodziłam syna i po trzech miesiącach pobiegłam do pracy. Pod tym względem to jest bardzo trudne. Między innymi dlatego bardzo namawiam koleżanki aktorki, aby z głową dobierały sobie partnerów życiowych. Aby nie łączyć dwóch wolnych zawodów.

Pani pasją są podróże. Czy rodzina coś zmieniła?

- Niestety, dalekich podróży jest zdecydowanie mniej. Gdy byłam sama, sporo wyjeżdżałam. Uwielbiałam się szwendać. Poznawałam kulturę, ludzi, religie, miasta, muzea. Ostatnio pojechałam do Włoch, gdzie uczyłam się języka włoskiego, po lekcjach wysiadywałam u znajomej w restauracji, w której gotował lokalny kucharz. Mam oryginalne przepisy kalabryjskie.

Czy na pani liście marzeń jest jeszcze coś, czego chciałaby się pani nauczyć?

- Chciałabym rzeźbić. Jest to moim marzeniem pozazawodowym. Nie umiem rysować, kreślić. Myślałam kiedyś, że może będę projektowała ubrania, tak jak moja mama. Ale gdy widziałam, jak biega wokół materiału z linijką, to odechciało mi się. Mama mawiała: "Dziecko, aby zrobić krój, to trzeba umieć liczyć". A ja z matmy zawsze miałam wymęczoną tróję.

Czym w tym roku nas pani zaskoczy?

- Postanowiłam trochę odejść od pracy w serialu i zrobić Witkacego w teatrze. Mam potrzebę, aby się zdystansować, a ten twórca daje zawsze dużo możliwości aktorskich.

Rozmawiała Edyta Madej

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Sylwia Gliwa | Na Wspólnej
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy