Stefano Terrazzino: Polki za nim przepadają

Za nami finał III edycji programu "Twoja twarz brzmi znajomo". Wielu od początku stawiało na tańczącego Włocha Stefano Terrazzino. Dziś dumny zwycięzca opowiada, jak szukał drogi do swoich postaci, za co lubi Polaków i czym są dla niego śpiew, taniec oraz... szczęście.

Nie da się go nie lubić! Ma poczucie humoru, luz i dystans. Przystojny Włoch z Niemiec wie, że Polki za nim przepadają. Na szczęście do wszystkiego ma zdrowy dystans.

Reklama

Podbiłeś serca jurorów, wcielając się w finale w Mieczysława Fogga. Spodziewałeś się, że zostaniesz numerem jeden?

- Nie, bo decydując się na udział w programie "Twoja twarz brzmi znajomo", w ogóle nie myślałem o wygranej. Chciałem się bawić, przeżyć coś nowego. Nie czułem presji, ponieważ nie startowałem z pozycji lidera. A nie ma nic gorszego, iż... bycie faworytem!

Skąd o tym wiesz?

- Z doświadczenia. Człowiek się wtedy usztywnia, niepotrzebnie stresuje. Dlatego werdykt był dla mnie szokiem, a adrenalinę czuję do teraz. Po występie spałem tylko trzy godziny, o szóstej byłem już na nogach. Muszę ochłonąć!

Ten sukces wymagał wielu wyrzeczeń?

- Chciałem, by widzowie przeżywali emocje razem ze mną. Szukałem odpowiedniej drogi do kreowanych przez siebie postaci. Zwracałem uwagę na najmniejsze detale. Na przykład na to, w jaki sposób ktoś mruga oczami, gdy akurat porusza małym palcem. Wyobrażałem sobie, kim byli wykonawcy. Mieczysława Fogga widziałem jako skromnego, dobrego oraz sympatycznego człowieka i to mi pomogło. Kiedy wchodzi się w skórę kogoś innego, nie tylko zewnętrznie, lecz także wewnętrznie do niego dopasowuje, łatwiej pokonać własne ograniczenia. A sam występ jest wtedy bardziej autentyczny.

Który z uczestników najbardziej cię zachwycił?

- Każdy miał niepowtarzalne atuty. Kaśka Ankudowicz zrobiła na mnie wrażenie wspaniałym poczuciem humoru i dystansem do siebie, Robert Rozmus absolutnym profesjonalizmem, a Matti Jakubiec młodością i świeżością.

A z którą postacią miałeś największy kłopot na scenie?

- Chyba z Jurijem Szatunowem, bo język rosyjski jest dla mnie dość niezrozumiały. Znam wiele języków, ale akurat ten odbierałem jak źle wymawiany polski. Na szczęście w Warszawie są niekończące się korki, toteż jeżdżąc po mieście autem, na okrągło puszczałem sobie "Biełyje rozy". Godzinami uczyłem się fonetycznej wymowy piosenki, rozpisywałem ją sobie na karteczkach. Musiałem wyglądać bardzo zabawnie, gdy tak za kierownicą podśpiewywałem...

Co teraz? Nowa płyta?

- Moja wygrana nie jest sygnałem, by natychmiast wchodzić do studia nagraniowego. Jeśli się na to zdecyduję, to tylko wtedy, gdy będę na sto procent pewny, że teksty i muzyka są na odpowiednim poziomie. Profesjonalne, spójne i przemyślane. Nie chcę powtórzyć niezbyt dojrzałej, nie do końca świadomej decyzji sprzed prawie 7 lat, kiedy ukazał się mój debiutancki krążek "Cin Cin Amore".

A twoje marzenia?

- Bóg obdarzył mnie ciekawością świata i podarował wiele pasji, dzięki czemu mam dużą motywację do życia. Jestem szczęśliwym, świadomym siebie i swoich możliwości człowiekiem. Nie zaliczam się do osób, które dopada depresja, gdy pada deszcz. Moje największe pragnienie? Chciałbym zagrać w niezłej produkcji, ale już nie rodowitego Włocha, jak miało to miejsce w "Samym życiu" czy "Na Wspólnej". To rodzaj luksusowego marzenia. Jeśli się nie spełni, nie będzie tragedii.

Co sprawia, że jesteś naprawdę szczęśliwy?

- Choćby to, że mogę od czasu do czasu usiąść na tarasie mojego warszawskiego mieszkania. Wsłuchać się w ciszę, wystawić twarz do słońca, być tu i teraz. Cieszę się, gdy mogę się rozwijać, uczyć czegoś i coś przeżyć. Mnóstwo satysfakcji dają mi taneczne warsztaty dla Polaków, które od trzech lat prowadzę na Sycylii, skąd pochodzi moja rodzina. Wprawdzie urodziłem się i wychowałem w Mannheim, bo rodzice wyjechali "za chlebem" do Niemiec, ale to dzięki nim jestem tym, kim jestem.

Dlaczego Sycylia?

- To piękna wyspa z niepowtarzalnym klimatem i serdecznymi ludźmi. Prócz zajęć tanecznych, uczestnicy turnusu mogą zobaczyć ją z innej strony. Tej prawdziwej, rzeczywistej, a nie z kolorowych folderów. Nie prowadzę biura turystycznego, dlatego przez tydzień moi podopieczni żyją wśród Sycylijczyków, w gospodarstwach agroturystycznych. Jedzą i piją to samo, co mieszkańcy wyspy. Większość polskiej grupy stanowią kobiety, co mnie nie dziwi.

Dlaczego?

- To wynik ich dużej emocjonalności i większej świadomości własnego ciała. Zdecydowana większość facetów, jeśli chce się poczuć męsko i atrakcyjnie, idzie poćwiczyć na siłownię. Kobiety wolą taniec. Są w różnym wieku, z każdą lekcją stają się pogodniejsze. Taniec pozwala im się odciąć od kłopotów, skupić na sobie. Dla każdej z uczestniczek organizuję też specjalną sesję zdjęciową, bo chcę, by poczuły się wyjątkowo, były choć przez chwilę w centrum uwagi...

Jaki rodzaj tańca preferujesz?

- Uczę samby, salsy, jive'a, rumby. Każdy z nich ma inną energię. Mnie najbardziej odpowiada tango. Jest w nim zmysłowość, namiętność, silne emocje. Każdy może się go nauczyć, jeżeli tylko umie wsłuchać się na parkiecie w swojego partnera.

Wychowałeś się za naszą zachodnią granicą. Czujesz się bardziej Włochem, czy jednak Niemcem?

- Żyjąc w Niemczech, nauczyłem się punktualności. Natomiast włoska mentalność sprawia, że mam w sobie coś z bałaganiarza, czasem brak mi dokładności. Wracam po kilka razy do domu, bo znowu czegoś zapomniałem. Zamiast oddać PIT, zastanawiam się nad nową choreografią. Długo szukam samochodu, bo nie pamiętam, gdzie zaparkowałem. Tak, potrafię wkurzyć się na samego siebie!

Za co cenisz Polaków?

- Za wrażliwość, skromność, pokorę. Podoba mi się wasze nastawienie do życia. Mimo wielu problemów, potraficie z uśmiechem powiedzieć: "Spokojnie, jakoś wybrniemy z kłopotów". Albo: "Jakoś to będzie". I macie dryg do tańca, dlatego uczenie w Polsce to wielka przyjemność!

Od lat pojawiasz się na parkiecie programu "Taniec z gwiazdami". Nie czujesz się tym zmęczony, wypalony?

- Nie ma o tym mowy! Pracuję w zgranej ekipie, wszyscy lubią to, co robią. To wysokiej klasy profesjonaliści. Nigdy też nie narzekałem na dobór partnerek w tym show. Jeśli jako trener widziałem w którejś z nich pasję, oddanie w tańcu, przyjemność z nauki, to zawsze miałem i mam jeszcze większą motywację do pracy. Tak było na przykład z Agnieszką Sienkiewicz, z którą doskonale mi się współpracowało. Nie miała ciśnienia na wygraną, po prostu... kochała taniec!

Rozmawiał Artur Krasicki

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Stefano Terrazzino ur. 19 VIII 1979 roku w niemieckim Mannheim, z pochodzenia Włoch. Miał 16 lat, gdy zaczął naukę tańca. Jego pierwszą zawodową partnerką była Ewa Szabatin, dla której przeprowadził się do Polski. Telewidzowie poznali go dzięki show "Taniec z gwiazdami". Aż cztery jego partnerki z "Tańca z gwiazdami" zwyciężyły: Kinga Rusin, Agata Kulesza, Aneta Zając i Agnieszka Sienkiewicz.

Dowiedz się więcej na temat: Stefano Terrazzino

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje