Seks, zbrodnie i walka o władzę, czyli fenomen "Gry o tron"

Zamiast typowej opowieści fantasy ze szlachetnym bohaterem, któremu od początku pisany jest happy end i wieczna chwała, otrzymujemy przesyconą erotyzmem i przemocą telewizyjną epopeję. "Gra o tron" powraca i znów elektryzuje widzów.

"Gra o tron": Dosłowne sceny seksu z pewnością przyciągają widzów

Finał szóstego sezonu "Gry o tron" obejrzało niemal 9 mln osób, a do bycia wiernym fanem serii przyznał się swego czasu nawet ówczesny prezydent USA Barack Obama. Choć świat "Gry o Tron" jest wyjątkowo ponury, serial zdołał przyciągnąć przed ekrany rzeszę ludzi na całym świecie. Ludzi, którzy co tydzień z wypiekami na twarzy oglądają brutalne porachunki w fikcyjnym świecie krainy Westeros i jej nikczemnych bohaterów. Trudno serialowego dzieła nie nazwać fenomenem współczesnej popkultury. Na czym polega jego magnetyzm?

Reklama

W rzeczywistości pełnej intryg, spisków i krwawych walk zwaśnionych szlacheckich rodów, gdzie trup ściele się gęsto, a szlachetność i honorowe rozwiązania dawno ustąpiły miejsca prawu silniejszego, trudno o postać jednoznacznie pozytywną, której bez cienia moralnych wątpliwości moglibyśmy kibicować. Do tego elitarnego grona należy niewątpliwie Daenerys Targaryen. "Zrodzona z burzy" matka smoków to jednak nie jedyna pretendentka do żelaznego tronu. Do korony i panowania nad siedmioma królestwami prawo rości sobie wszak kilku innych władców, spośród których znakomita większość to okrutnicy i mordercy.

"Gra o tron" po sześciu sezonach zyskała już miano serialu kultowego. Niezaprzeczalny sukces produkcji będącej adaptacją epickiej sagi fantasy autorstwa G.R.R. Martina, czyli powieści z cyklu "Pieśni Lodu i Ognia", wynika, jak się zdaje, z niespotykanego jak dotąd połączenia elementów świata magicznego z szorstkim naturalizmem choćby w ukazywaniu przemocy.

Dosłowność drastycznych scen mordów i gwałtów, która stała się nieomal znakiem rozpoznawczym serii, jest w gruncie rzeczy czymś niespotykanym, jak na standardy telewizji. Podobnie jak skomplikowana chwilami, wielowątkowa fabuła, w której próżno szukać klisz czy uproszczeń. Na pozór niszowa "Gra o tron", od samego początku nie przejawiając ambicji ku temu, by podobać się wszystkim, paradoksalnie przyciągnęła i wciąż przyciąga przed ekrany telewizorów rekordową liczbę fanów. A ci przyzwyczajeni są do nieoczekiwanych zwrotów akcji, mrocznej atmosfery i brutalnych scen.

Wśród fanów serialu panuje przekonanie, że nie warto przyzwyczajać się zbyt mocno do ulubionych bohaterów, bo już w następnym odcinku mogą nie żyć. W istocie scenarzyści zadbali o to, by zaskakiwać widza przy każdej możliwej okazji, uśmiercając nawet najbardziej nobliwych bohaterów - choćby poczciwego Nedda Starka czy Shireen, rezolutną córeczkę Stannisa (notabene zamordowaną przez własnego ojca). Większość bohaterów balansuje na granicy dobra i zła, udowadniając co rusz, że serialowy świat bynajmniej nie jest czarno-biały. Za to również widzowie pokochali serię.

Fenomen "Gry o tron" zdaje się tkwić przede wszystkim w formule, która doskonale wpisuje się w najświeższe trendy serialowych produkcji. Twórcy stworzyli wielowątkową, dość skomplikowaną opowieść z nieoczywistymi, pełnymi sprzeczności bohaterami, mając zaufanie do inteligencji widza. Zgromadzili dzięki temu wielomilionową publiczność, która rośnie z sezonu na sezon. Wygląda na to, że adaptacja sagi G.R.R. Martina trwale zapisze się w kanonie bestsellerowych seriali telewizyjnych.

Dowiedz się więcej na temat: Gra o tron 7

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje