Reklama

Przemysław Bluszcz w "M jak miłość"

Pojawienie się w Grabinie Rafała wzbudzi popłoch wśród mieszkańców. Były kryminalista jest kolejnym niejednoznacznym charakterem w aktorskim dorobku Przemysława Bluszcza, który zagości w serialu "M jak miłość" na dłużej.

Stał się pan już dyżurnym czarnym charakterem, grając typy spod ciemnej gwiazdy. Nie inaczej jest w przypadku "M jak miłość", gdzie pański bohater, Rafał, to zdaje się niezłe ziółko, kryminalista...

Przemysław Bluszcz: - Faktycznie, dopiero co wyszedł z więzienia, ale nie jest skory do zwierzeń na temat swej przeszłości. Zna ją jedynie ksiądz (Maciej Damięcki), z którym Rafał spotyka się często i wyznaje swe grzechy, ale obowiązuje go tajemnica spowiedzi. Ludzie z Grabiny zachodzą w głowę - co to za jeden, skąd się wziął, jakie są jego zamiary? I wszyscy uważają, że źle mu z oczu patrzy. W zasadzie wszyscy - z wyjątkiem Anny (Tamara Arciuch)...

Reklama

Czy pański bohater dłużej zostanie w serialu?

- Mówi się, że Rafał zamieszka w siedlisku na stałe. Z czasem wejdzie w ciekawe relacje z tubylcami, m. in. z Marzenką (Olga Szomańska), która również pracuje u Anny.

W marcu zobaczymy pana też w nowej odsłonie serialu "Krew z krwi". Oczywiście zagra pan w nim bandziora?

- Nie, policjanta! Ale, by jednak było tak "po mojemu", będzie to policjant kontrowersyjny, uwikłany w jakieś gierki, machlojki. Czyli znów ciężki przypadek (śmiech).

W korowodzie pańskich mrocznych ról na czoło wysuwa się okrutny gestapowiec Rappke, którego widzowie pamiętają z "Czasu honoru"...

- Oj, dostało mi się za niego! Zwłaszcza w okresie, kiedy serial był emitowany po raz pierwszy i ludzie reagowali na żywo. Omijali mnie z daleka, bądź słali wymowne, nienawistne spojrzenia. Raz taksówkarz, który dostrzegł moją twarz w lusterku, odwrócił się i wysyczał: "Nienawidzę cię, Rappke!". Czuło się powszechne potępienie.

Nie było panu przykro?

- To tylko rola, na szczęście miewam je różnorodne. Dużo pracuję w teatrze - obecnie gram tytułową rolę w musicalu "Kariera Nikodema Dyzmy" w warszawskim Teatrze Syrena. W macierzystym Teatrze Ateneum trwają zaś próby do "Mary Stuart", z Agatą Kuleszą w roli głównej, gdzie również wystąpię.

A to nie koniec - jest jeszcze film i nie tylko od strony aktorskiej.

- Dwa lata temu pracowałem jako drugi reżyser na planie "Być jak Kazimierz Deyna", reżyserowanego przez moją żonę, AnnęWieczur-Bluszcz. Teraz przymierzamy się do nowej produkcji.

Jak to jest, kiedy żona jest szefem?

- Nie pierwszy raz spotykamy się w takim układzie. Na początku, jak reżyserowała mnie w teatrze, było to nie do przejścia (śmiech)! Z czasem wiele się od siebie nauczyliśmy. Poza serialem, filmem i teatrem zajmuję się czasem dubbingiem i czytam książki na antenie radiowej Trójki.

Czyta pan też dzieciom?

- Jak były małe, regularnie, 20 minut dziennie. Zapewniam, że to procentuje, dziś nasi synowie - 17 i 14 lat - sami sięgają po książki i nie musimy ich z żoną do tego zmuszać, bo taki mają nawyk.

No i proszę - na ekranie twardziel, którego można się bać, a w domu przykładny ojciec i mąż, człowiek o złotym sercu...

- Myślę, że gdyby zapytać kogoś, kto zna mnie prywatnie, faktycznie potwierdziłby, że staram się żyć porządnie i uczciwie. Ale z tym "złotym sercem" to bym już nie przesadzał (śmiech).

Rozmawiała Jolanta Majewska.

Tele Tydzień
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy