Przemysław Bluszcz: Między psychopatą a świrem

Miał być lalkarzem, został... psychopatą. W takich właśnie rolach wyspecjalizował się jako aktor. I na tym polu trudno znaleźć lepszego od niego. Jakie emocje budzi prywatnie?

Ktoś się dwa razy zastanowi, zanim do mnie podejdzie - przekonuje Przemysław Bluszcz

W "Być jak Kazimierz Deyna" grał pan ojca, który chce, by jego syn był piłkarzem. Pana rodzice też mieli gotowy plan na pana życie?

Reklama

Przemysław Bluszcz: - Nie. Dawali mi wolną rękę w moich poszukiwaniach, a poszukiwałem dosyć długo. Studiowałem filologię polską, byłem w studium kulturalno-oświatowym, potem na uniwersytecie ludowym - generalnie uciekałem przed wojskiem. Co prawda nigdy nie miałem problemu, żeby się pokazywać, coś grać przed ludźmi, ale zawód aktora to przypadek.

I skończył pan szkołę lalkarską.

- Tak, ale tak się złożyło, że jeszcze na roku dyplomowym zacząłem pracę w teatrze w Legnicy. Debiutowałem w "Jak wam się podoba" Szekspira. Grałem dwóch braci - jeden był psychopatą, a drugi pozytywnie zakręconym świrem. I tak pomiędzy tymi dwoma postaciami poruszam się od lat.

W szkole mówili, że będzie pan aktorem charakterystycznym?

- Mnie rzadko cokolwiek mówili. Miałem ciekawy rok, samodzielny, byliśmy raczej drzazgą w tyłku grona pedagogicznego niż chlubą. Profesorowie próbowali nas pacyfikować, choć trafili się też tacy, którym bardzo wiele zawdzięczam. Smutne wydaje mi się to, że mało komu z "lalek" udaje się przebić do mainstreamu.

Panu się udało. Wyspecjalizował się pan w rolach... psychopatów. Są z tego jakieś korzyści?

- W pewnym sensie tak. Zwykle wobec kolegów, którzy są bardzo popularni, ludzie nie mają żadnych zahamowań, łapią ich przy jedzeniu, z rodziną... A w moim przypadku ktoś się dwa razy zastanowi, zanim podejdzie, a jak już to zrobi, to w takiej formie, że nie mam się czego czepiać. Więc ten wizerunek mnie jakoś chroni.

Ale zagrał pan kochanka w "Przepisie na życie".

- Mam nadzieję, że była to zaskakująca dla widzów przygoda, choć niektórzy kręcili z niedowierzaniem głową.

No, niepokój pewien jednak gdzieś był...

- No właśnie! W teatrze gram w komediach i bardzo to lubię. A w filmach czy serialach zwykle tego złego. Jeden z reżyserów powiedział mi, że to kwestia spojrzenia, które kamera dobrze pokazuje. Nie każdy przed nią dobrze wypada, czasem ktoś piękny traci swoje atuty, a z kolei ktoś niepozorny rozkwita. Ja nie powiedziałbym, że rozkwitam, ale chyba kamera jest dla mnie łaskawa.

Która pana negatywna postać budzi najwięcej emocji w ludziach?

- Są dwie: gestapowiec Rappke z "Czasu honoru" i Lewar w "Odwróconych" - bezwzględny morderca. A od niedawna jestem też "ulubieńcem" starszych pań, bo spaliłem Grabinę w "M jak miłość". Ostatnio zdarzyła mi się zabawna historia - wchodzę do banku, a pani aż podskoczyła na krześle. Po czym się zreflektowała i powiedziała: Przepraszam, ale ja się pana tak boję!

Skoro jesteśmy przy "Czasie honoru" - jak się grało w hitlerowskim mundurze?

- To specyficzne uczucie. Człowiek dostaje innej masy, energii, nie wiem, jak to działa! Słyszałem o tym, ale nie wierzyłem, a potem przekonałem się na własnej skórze. Na dodatek te mundury były szyte z ciepłej wełny, więc po całym dniu zdjęciowym wcale nie było wesoło! Wtedy i zło mogło z człowieka wyjść.

To przejdźmy do "M jak miłość" - może psychopatyczny Rafał zostanie dobrym człowiekiem? W serialach nie takie rzeczy widziano.

- Nie wiem... Rzeczywiście zrobił tam straszną zadymę! Mój bohater teraz się leczy, ale pewnie scenarzyści się zastanawiają, co dalej z nim będzie. Może na Facebooku pojawi się protest podpisany przez 100 tys. uczestników, że Rafała trzeba wykastrować, a przecież nikt Facebooka nie zlekceważy.

Żałowałby pan, gdyby musiał się pożegnać z tą rolą?

- Nie mam złudzeń. Jestem za tym, by nie przeciągać niczego na siłę. Zawsze mówię, że aktor to zawód wędrowny. Czasem tę wędrówkę wyznacza scenarzysta, a czasem my sami. Pracuję też nad innymi projektami, więc na razie po prostu cieszę się, że mam pracę.

À propos projektów - niedługo wchodzi pan na plan nowego filmu swojej żony, Anny Wieczur-Bluszcz. I znowu będzie pan tym złym? Żona tego chyba panu nie zrobi.

- U niej mógłbym zagrać najgorszą kreaturę na świecie... Ten film nosi tytuł "Wszystkie zwierzęta, które są z Tobą" i jest tajemniczą, poetycką i magiczną opowieścią o trzech rodzinach w Polsce, Serbii i Norwegii. Uważam, że Ania to najlepszy reżyser, z jakim w życiu pracowałem. Jest po prostu świetna, choć początki naszej współpracy były strasznie trudne. Moje męskie ego, stereotypowo wręcz, dochodziło do głosu, ale wspólne lata spowodowały, że wypracowaliśmy sobie taki model, który nam obojgu odpowiada.

W domu też jest walka o przywództwo?

- Nie, staramy się wszystko trzymać w równowadze.

O co pytają pana ludzie, jeśli już odważą się podejść?

- Starsze panie dają mi dobre rady: Panie Rafale, pan nie może być taki zły! Faceci z kolei często mówią: Fajna ta Ania! - czyli Tamara Arciuch. Czasem ktoś zapyta o zawód... Ale najbardziej dziwi mnie, kiedy ludzie pytają o Rappkego i zaczynają się jakieś rozmowy o bohaterstwie, wspominanie wojny. Zawsze mam wtedy na końcu języka: Ale przecież rozmawiacie z Niemcem, gestapowcem, to może o żołnierzach wyklętych ze mną nie bardzo?!

Czyli jednak budzi pan zaufanie!

- No, okazuje się, że tak!

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska.

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Bluszcz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje