Przemysław Babiarz: Komentując, podjadam

Popularny komentator sportowy Przemysław Babiarz niedawno drugi raz z rzędu zdobył Telekamerę. Dziennikarz w telewizji pracuje już od 22 lat, a chrzest bojowy przeszedł, prowadząc "Sportową Sobotę".

Dopiero co wrócił pan z igrzysk w Soczi. W polskich mediach tyle samo, co o rywalizacji sportowców, mówiło się o niedoróbkach, jakie znaleziono w hotelach w wiosce olimpijskiej. Czy i na pana czekały jakieś niespodzianki?

Reklama

Przemysław Babiarz: - Na miejscu nie było aż tak źle. Do Soczi przyjechałem 4 lutego, razem z innymi komentatorami. Tydzień wcześniej dotarła ekipa reporterów. Pechowo okazało się, że hotel, w którym mieli zamieszkać, nie był wykończony. Przyjechali na miejsce koło północy czasu miejscowego (w Soczi jest o 3 godziny później niż w Polsce) i musieli prawie całą noc spędzić w poczekalni, aż przydzielono im inne lokum. U nas też pojawił się zgrzyt. Kiedy w hotelu przyszło do rozdzielania kluczy, okazało się, że jako jedyny będę mieszkać w innym bloku, chociaż ustalenia były takie, że wszyscy mieliśmy być razem. Po trzech dniach jakoś się z tym oswoiłem. W moim pokoju wszystko działało. Z kranu nie leciała żółta woda, a toaleta nie była "drużynowa" (śmiech).

Co najmilej wspomina pan z Soczi?

- Jedzenie. W wiosce olimpijskiej było kilka restauracji, gdzie można było zjeść 24 godziny na dobę. Na przykład po przylocie, o 3 nad ranem, uznaliśmy, że coś byśmy przekąsili. Przychodzimy do restauracji, a tam personel w pełnej gotowości. Do wyboru solianka, barszcz, pielmienie (rosyjskie pierożki)... Wszystko smaczne i naturalne. Jaki kontrast w porównaniu z igrzyskami w japońskim Nagano, gdzie podawano nam jajecznicę z proszku. Delektowałem się rosyjską kuchnią, aczkolwiek w przerwach między zawodami, gdy nie miałem wiele czasu, najchętniej wpadałem do fastfooda i kupowałem tortillę. Z kolei podczas komentowania, podjadałem gorzką czekoladę, gdyż poprawia koncentrację.

Czy ma pan jeszcze jakieś inne oryginalne sposoby na to, żeby sprawniej komentować zawody?

- Gdy nie jestem przytłoczony pracą, czytam klasyków. Nie ma lepszego sposobu na odświeżenie swojej frazy, niż sięgnąć do Henryka Sienkiewicza czy Adama Mickiewicza. Taki trening polecił mi Bohdan Tomaszewski, kiedy 22 lata temu przychodziłem do telewizji. Mówił mi: "Jeżeli przeczyta pan w 'Ogniem i mieczem' dwie strony poświęcone pojedynkowi Wołodyjowskiego z Bohunem, stwierdzi pan, że jest to znakomita, błyskotliwa narracja sportowa". Z takich tekstów można się uczyć i dzisiaj.

Wspomniał pan, że pracuje w telewizji od 22 lat. Czy pamięta pan swoje pierwsze wystąpienie w telewizji?

- Chrzest bojowy przeszedłem, prowadząc program "Sportowa Sobota". To była 10-minutowa audycja, w której nie było gości, tylko prezenter i materiały. "Akuszerem" mojego pierwszego wystąpienia był Włodzimierz Szaranowicz, który się mną opiekował. Pamiętam, że tego czerwcowego dnia upał był jak diabli. Przyszedłem w bardzo grubej marynarce. Tylko taką posiadałem. Byłem z niej dumny, bo kupiłem ją w Modzie Polskiej - wtedy to dużo znaczyło... "Nieee, ta marynarka się nie nadaje. Wystąpi pan w koszuli" - powiedział mi Włodek. Wystąpiłem, więc w koszuli z krawacikiem. To miał być trening przed poprowadzeniem studia olimpijskiego podczas igrzysk w Barcelonie.

Jak to się stało, że dyplomowany aktor został prezenterem i komentatorem w telewizji?

- Od zawsze pasjonowałem się sportem. Odziedziczyłem tę pasję po moim tacie i jego braciach. Obaj wujkowie są absolwentami AWF-u. Nie wiązałem jednak swojej przyszłości ze sportem. Poszedłem najpierw na teatrologię na UJ, później zdałem do PWST w Krakowie na Wydział Aktorski. Cały czas udzielałem się w różnych sekcjach sportowych - grałem w siatkówkę i koszykówkę. Po trzech latach w gdańskim Teatrze Wybrzeże, za namową rodziny, wziąłem udział w konkursie TVP na komentatorów i prezenterów. Pamiętam, że jak przyjechałem do Warszawy na przesłuchanie, nie wiedziałem, jak dokładnie dotrzeć na Woronicza. Z Dworca Centralnego poszedłem na piechotę, idąc wzdłuż linii tramwajowej... (śmiech).

Czy pielęgnuje pan jeszcze swoje dawne pasje - ogląda filmy lub chodzi do teatru?

- Oglądam teraz stare polskie filmy, takie jak "Ewa chce spać" Tadeusza Chmielewskiego. W każdym z nich odnajduję rewelacyjne sceny. Chętnie wracam do serialu mojego dzieciństwa, czyli "Stawki większej niż życie". Gdy wyszło DVD z całym serialem, oglądałem je niezliczoną ilość razy. Z teatrem jest gorzej. Bilety na przedstawienia trzeba kupować z dużym wyprzedzeniem, a przy mojej pracy trudno coś zaplanować.

Przemysław Babiarz (ur. 1963) - komentator sportowy TVP. Relacjonuje pływanie, lekkoatletykę, biegi narciarskie i łyżwiarstwo figurowe. Studiował polonistykę (specjalizacja teatrologia) na UJ, ale porzucił ten kierunek na rzecz aktorstwa. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Żonaty, ma córkę i syna. Pochodzi z Przemyśla.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life).

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Nie przegap swoich ulubionych filmów i seriali! Kliknij i sprawdź nasz nowy program telewizyjny!

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: telewizji

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje