Makłowicz: Podglądam ludzi przez kuchnię

Choć gotuje już od liceum, nadal odnajduje w tym przyjemność. To zajęcie stało się też jego sposobem na poznawanie świata. - Stół biesiadny jednoczy - śmieje się Robert Makłowicz.

Reklama

interesuje mnie jako element

kultury narodów - przyznaje /fot. Marek Ulatowski" align="center" enlarge="0" />"Tele Tydzień": Podróże czy kulinaria? Która z tych pasji jest panu bliższa?

Robert Makłowicz: - Trudno powiedzieć. Zresztą one się uzupełniają. Właściwie interesuje mnie nie tyle sam proces gotowania, ile kuchnia jako element kultury, mentalności ludzi w różnych zakątkach świata.

Podpatruje ich pan od kuchni?

- Raczej przez kuchnię. Nie da się do końca pojąć obrazu jakiegokolwiek obszaru i jego mieszkańców, wyabstrahowawszy kuchnię z elementów poznawczych. Innymi słowy - 'pokaż mi, co jesz, a ja powiem ci, kim jesteś', jak mawiał Anthelme Brillat-Savarin, francuski pisarz, filozof i znany gastronom z przełomu XVIII i XIX wieku.

Jest też autorem maksymy: "Losy narodów zależą od sposobów ich odżywiania".

- I pewnie tkwi w tym dużo prawdy. Choć ja powiedziałbym odwrotnie, że to właśnie sposoby odżywiania zależą od losów narodu, klimatu, w jakim przyszło mu żyć, sąsiedztwa, religii. Różnice te widać nawet w obrębie jednego kraju. Weźmy na przykład Włochy. Inaczej ludzie jedzą w Tyrolu, a ich kuchnia przypomina austriacką czy niemiecką, inaczej zaś na Sycylii, gdzie czuje się wyraźnie wpływy arabskie. Czy choćby w Niemczech, które zdają się być pod względem kulinarnym jednolite, a jak się bliżej przyjrzeć, to kuchnia brandenburska zasadniczo różni się od bawarskiej czy tej, która dominuje w okolicach Bonn. Podobnie jest też w dalszych, mniej lub bardziej egzotycznych dla nas miejscach świata. A wszędzie 'karta dań' charakterystycznych dla danego regionu jest zarazem kartą jej historii i uwarunkowań geograficzno- społecznych.

Jak jest pan przyjmowany w krajach, do których przybywa, żeby zgłębić tajemnice miejscowego gotowania?

- Zawsze z otwartymi rękami! Generalnie ludzie lubią dzielić się z przybyszami swoim dorobkiem kulinarnym i jeszcze mi się nie zdarzyło, by propozycja wspólnego przygotowywania, a potem spożywania miejscowych specjałów wzbudziła czyjkolwiek sprzeciw. Wręcz przeciwnie. Towarzyszy temu zazwyczaj przemiła, rodzinna atmosfera. No, w końcu nie od dziś wiadomo, że stół biesiadny jednoczy (śmiech). W tym przypadku międzynarodowo.

Pan sam jest przecież potomkiem kilku nacji.

- Owszem. Wywodzę się z rodziny o korzeniach polskich, ukraińskich, ormiańskich, węgierskich i austriackich. Niewykluczone, że to właśnie podglebie wielokulturowe jest siłą napędową, która gna mnie do nieustannych podróży i poznawania coraz to nowych miejsc i ich 'smakowania'. Obecnie nawet domy mam dwa. Jeden, od zawsze, w Krakowie, a drugi w chorwackiej Dalmacji. Odpowiada mi to między innymi dlatego, że nudzi mnie, jak mam dłużej dookoła ludzi mówiących wciąż w tym samym języku. Dzięki temu, że trochę mieszkam tu, a trochę tu, jest urozmaicenie.

Mówi Pan już po chorwacku?

- Nawet nieźle. Muszę przyznać nieskromnie, że chyba mam talent lingwistyczny i dość szybko udało mi się opanować również ten język.

Z Robertem Makłowiczem rozmawiała Jolanta Majewska.

Chcesz obejrzeć swój ulubiony serial, film, teleturniej? Sprawdź nasz program telewizyjny - mamy na liście ponad 200 stacji!

Więcej czytaj w magazynie "Tele Tydzień"

Dowiedz się więcej na temat: podróże | kulinaria | poznawanie świata | kuchnia+ | Robert Makłowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje