"House of Cards": Aktorska i fabularna uczta [recenzja 5. sezonu]

Najnowszy sezon "House of Cards" przypomina najlepsze odcinki pierwszej oraz drugiej serii. Nie tylko gwarantuje widzom dopracowany rozdział opowieści, nieoczekiwane zwroty akcji, jak i świat wielkiej polityki, ale również parę świetnie wyważonych humorystycznych scen. Zapraszamy do zapoznania się z przedpremierową recenzją piątego sezonu "House of Cards".

"House of Cards": Robin Wright (Claire) i Kevin Spacey (Francis) reklamują piąty sezon serialu

Wszystkich fanów produkcji Netflixa warto uspokoić - Melissa James Gibson i Frank Pugliese, którzy przejęli pieczę nad serialem po tym, jak Beau Willimon zrezygnował z funkcji showrunnera, podołali zadaniu i przygotowali trzynaście bardzo dobrych odcinków.

Punktem wyjścia dla kolejnych wydarzeń są wydarzenia z finałowych odcinków 4. serii, kampania prezydencka oraz zacięta batalia pomiędzy Francisem Underwoodem (Kevin Spacey) i Willem Conwayem (Joel Kinnaman).

Reklama

Jednak kandydat Republikanów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych to nie największa przeszkoda, jaka znajduje się na drodze Franka do ewentualnej wygranej. Cieniem na jego osobie w końcu kładzie się jego przeszłość i wszystkie zbrodnie, jakich się dopuścił. Problemy sprawiają mu więc dziennikarze śledczy oraz byli i obecni sojusznicy.

Piąty sezon "House of Cards" to zręcznie zbudowana całość, której elementy powoli łączą się ze sobą. Scenarzyści zręcznie zakończyli pewne wątki, rozpoczynając i pięknie rozszerzając kolejne. Choć, trzeba przyznać, że niektóre z nich przekraczają granice absurdu. Z drugiej strony - twórcy zawsze inspirowali się wydarzeniami (i zarazem komentowali) rozgrywającymi się na amerykańskiej scenie politycznej, a ta ostatnio, aż trzeszczy od niedorzeczności.

I tak w najnowszych odcinkach możemy zobaczyć ciąg historii walki Underwooda z organizacją terrorystyczną ICO; politykę zagraniczną w stosunku do Rosji, czy protesty pod Białym Domem. Jednak to nie wszystko - bardziej przerażające są polityczne gierki wewnątrz partii.

Sam Francis nadal pozostaje fascynującą postacią, a Kevin Spacey gra go brawurowo. Jego monologi są tak samo cudowne, jak zawsze. Kroku bez problemu dotrzymuje mu Robin Wright, która już dawno powinna zostać uhonorowana nagrodą Emmy za rolę Claire.

Warto zaznaczyć, że aktorka, podobnie jak w poprzednich sezonach, stanęła za kamerą i wyreżyserowała kilka odcinków piątej serii. Zresztą współpraca tej dwójki daje na ekranie niesamowite rezultaty - nie sposób oderwać od nich oczu. Reszta obsady - i Michael Kelly, i Campbell Scott czy Boris McGiver i Neve Campbell radzą sobie znakomicie.

Najnowszy sezon "House of Cards" niesamowicie wciąga i każdy odcinek ogląda się z ogromną przyjemnością. Nie zdradzając szczegółów, finałowe kilka minut piątej serii kompletnie zmieniło kierunek opowieści i sprawiło mi najwięcej radości. Z pewnością powstanie szósta seria i powiem szczerze, że nie mogę się już doczekać premiery.

Najnowszy sezon "House of Cards" zadebiutuje w serwisie Netflix 30 maja.

Ocena piątego sezonu: 8,5/10

Katarzyna Ulman, światseriali.pl

Dowiedz się więcej na temat: House of Cards

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje