Anna Ilczuk: Kto oszczędza na skrzywdzonych?

Zarówno w roli opiekuńczej Emilki, jak i przebiegłej Jolasi, Anna Ilczuk wzbudza dużo sympatii. Nie kryje jednak oburzenia, kiedy przegrywa walkę o równy dostęp do kultury dla niewidomych dzieci.

Co słychać u Emilki, w którą wciela się pani w serialu "Pierwsza miłość"?

Reklama

Anna Ilczuk: - Wszystko po staremu, żyje sobie na wsi, u boku męża (Rafał Kwietniewski), pełni obowiązki sołtysa. Co rusz stawia czoła jakimś aferom, które w wymiarze miejscowym wydają się przeogromne, ale w skali makrokosmosu nie są znów aż tak wielkie (uśmiech)...

Rzecz dzieje się w urokliwym Wadlewie. Jak się pani czuje na łonie natury?

- Tak naprawdę nie ma jednego Wadlewa, w serialu gra je kilka miejscowości. W jednej jest kościół i sklep, w drugiej inne obiekty. Mój dom zlokalizowany jest w gospodarstwie agroturystycznym w Rojowie, za Kobylą Górą, pod Ostrzeszowem. Szczerze mówiąc, nie znałam wcześniej wsi, wydaje mi się jednak, że życie na niej to pasmo ciężkiej, mozolnej pracy, z której nie można się zwolnić, jak człowiek się źle czuje, zaniechać, zapomnieć - bo zwierzęta i rośliny wymagają nieustannej troski. Tak więc wieś jest zazwyczaj sielska i beztroska jedynie na ekranie telewizyjnym.

Kolejnym serialem, w którym panią oglądamy jest "Świat według Kiepskich".

- Jolasia jest charakterna, podobnie jak cały serial. Kapitalnie kpi sobie z różnych głupot i dziwactw, których tak wiele dokoła. Każdorazowe spotkanie z tą ekipą to świetna zabawa.

Pani serialowe role są lekkie i dziewczęce, aż dziw bierze, że na co dzień jest pani poważnym "belfrem", wykładowcą wrocławskiej PWST...

- Ja w ogóle jestem poważnym człowiekiem, aktorem, reżyserem. Uczę studentów II roku scen klasycznych, umiem się z nimi komunikować i przekazywać opis mechanizmów, jakimi rządzi się scena. Pracę tę traktuję jako spłatę długu wobec moich wykładowców, którzy mnie kiedyś czegoś nauczyli. Wszystkie te zadania traktuję bardzo serio i staram się spełniać jak najlepiej, ale moim głównym i najważniejszym miejscem pracy jest teatr.

Mówimy o Teatrze Polskim we Wrocławiu?

- Gram tu ponad sto spektakli rocznie, od czasu do czasu reżyseruję. W zeszłym roku, po raz pierwszy w życiu, zrealizowałam bajkę dla najmłodszych, pt. "Dzieci z Bullerbyn". Moim pomysłem na współuczestnictwo w nim młodych widzów jest tworzenie wraz z nimi scenografii, w związku z czym wygląda ona za każdym razem inaczej.

Organizujemy też spektakle z audiodeskrypcją, przeznaczone dla dzieci niewidomych lub niedowidzących, pod okiem fachowców z Fundacji Katarynka, specjalizujących się w tym obszarze. Jest to przedsięwzięcie dość kosztowne, z uwagi na zakup odpowiednich akcesoriów (np. pachnących farb) oraz konieczność fachowej obsługi.

Państwo promuje takie inicjatywy?

- Niestety, w tym roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego odstąpiło od wsparcia finansowego. To dla mnie niezrozumiałe... Nasze działanie dotyczy osób, które mają ograniczony kontakt z kulturą i innymi formami rozrywki dostępnymi ludziom zdrowym, a takich inicjatyw jest w skali kraju naprawdę niewiele!

Rozmawiała Jolanta Majewska.

Dowiedz się więcej na temat: Anna Ilczuk | kto

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje