
Zapomnijcie o prochowcu, czapce łowcy jeleni, sztywniackich brytyjskich pogadankach i herbatce. Sherlock Holmes według Guya Ritchiego popija głównie wódkę, kwestii ubioru i higieny osobistej zdecydowanie nie traktuje priorytetowo, a z bohaterem książkowym poza nazwiskiem łączy go co najwyżej zamiłowanie do rozwikływania spraw kryminalnych i sławnej metody dedukcji.
Jest cyniczny, egocentryczny, bezwarunkowo wierzący w wyższość logiki nad mistyką i uzależniony od rozwiązywania zagadek. Brzmi znajomo? Dla fanów "Dr House'a" z pewnością. Gigantycznie popularny serial, którego autorzy zapożyczyli pomysł na postaci ze słynnej serii Arthura Conana Doyle'a (House i Wilson to przecież uwspółcześnieni Holmes i Watson, tyle że tropią nie złoczyńców, a choroby), teraz stał się z kolei inspiracją dla Guya Ritchiego.
Czy zazdrość Holmesa o jego świeżo zaręczonego przyjaciela Watsona nie przypomina do złudzenia wątku odbijania Wilsona z objęć ukochanej Amber, lajtmotivu czwartej serii "Dr House'a"? Podobnie jak ten serialowy, także kinowy duet łączy symbiotyczny węzeł koleżeński: nieprzystosowany społecznie Holmes potrzebuje Watsona, bo tylko on jest w stanie go znieść, z kolei Holmes wprowadza do życia z pozoru łakomego stabilizacji doktora adrenalinę i koloryt.
Zresztą, na Housie plejada postaci, które ukonstytuowały najnowszego Sherlocka (brawurowa rola Roberta Downeya Jr.) się nie zamyka. Na głodzie pomiędzy kolejnymi śledztwami przypomina zbzikowanego Jacka Sparrowa, gdy walczy w londyńskich spelunach - bohaterów "Podziemnego kręgu". I w sumie słusznie. Kto by sięgał do wyssanej do cna księgi - powieści i opowiadania Conana Doyle'a doczekały się przeszło 220 ekranizacji! - gdy w świecie kina i seriali aż roi się inspiracji.
Ritchie luźno potraktował zresztą nie tylko charakterystykę postaci, ale także klimat i tempo powieści. Jego "Sherlock Holmes" to nowoczesne, dynamiczne kino akcji, ze świetną (przypominającą z kolei tę z serialu "Dexter") muzyką, barwną scenografią i błyskotliwymi dialogami, rodem z "Porachunków" czy "Przekrętu". Rozrywka na poziomie, w której dba się o najmniejszy detal, nie odpuszcza żadnej postaci (fani "Happy Go Lucky" Kena Loacha zwróćcie w szczególności uwagę na świetnego Eddiego Marsana - pseudonim "enraha" - tutaj występującego w roli podstępnego inspektora Lestrade).
Czy tak swobodne poczynanie sobie z klasyczną literaturą to aby nie nonszalancja? Cóż, nurt zwany "twórczym przetwórstwem" i w muzyce i w filmie i w literaturze zadomowił się na dobre. Kompletnie nowe filmy montuje się z fragmentów starych, filmiki z youtube służą za materiał na autorskie płyty, a na światowym rynku książki furorę robią przeróbki prozy Jane Austin, w którą wplata się postaci..zombie. W uprawianiu twórczego przetwórstwa z klasą Guy Ritchie, jak widać, bryluje.
8/10
Sprawdź: Tania książka






Proste pragnienia
Saga "Zmierzch": Księżyc w nowiu
~Magda
wg mnie beznadziejny film. Nie ma zbyt wiele wspólnego z książką. Dawno nie widziałam takiej trag...
~Kot Gracz
wszystkie główne cechy charakteru zostały odrzucone. Równie dobrze mogli by ten film nazwać dete...
~krytyk
to nie są odkrywcze myśli p. Pasternak tylko zapożyczone z książki wydanej przed świętami w j. po...
~też taki kiedyś ...
Faktycznie rozumiem że to tylko film ale zrobienie go z takim bohaterem powieści gdzie prawie ka...
~cucu
swietny film
~Gosia
detektywa nie ma nic wspólnego z tym pajacem z filmu. Strach przed klapą kazał twórcom nazwać boh...
~trr
włoski fryzjer :/
~djmisiek
No, tak. Dr. House to poprostu nowy Sherlock.. A teraz porównują na odwrót? ^_^
~eM
Pozdrawiam wszystkich :)
~nie pierwsza
dodaj komentarz »wszystkie wątki »