"Valerian i Miasto Tysiąca Planet" [recenzja]: Pocztówka z raju

Kadr z filmu "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" /materiały dystrybutora

Filmem "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" Luc Besson po dwudziestu latach powraca do gatunku space opery. I choć od premiery "Piątego elementu" wiele się w kinie przygodowym zmieniło, francuski twórca udowadnia, że w kreowaniu filmowych światów wciąż nie ma sobie równych. Jego widowisko tętni pasją, energią i miłością, a wizualnie zwala z nóg. Pod toną wygenerowanych w komputerze widoków kryje się jednak znacznie więcej.

Reklama

Reżyser "Leona zawodowca" i "Lucy" wymarzoną adaptację komiksu Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Mezieresa rozpoczyna od serii spotkań. Mamy rok 1975, a Rosjanie i Amerykanie ściskają sobie dłonie, wspólnie planując eksplorację kosmosu. Pięćdziesiąt lat później dołączają do nich Afrykanie. Za kolejne pięćdziesiąt - pierwsza z obcych cywilizacji. Potem następna. I jeszcze jedna. W taki sposób rodzi się tytułowe Miasto Tysiąca Planet - stacja kosmiczna Alpha, na której tysiące ras z najodleglejszych zakątków galaktyki przemierza czasoprzestrzeń.

Kilka wieków później w jej otoczeniu działają Valerian (Dane DeHaan) i Laureline (Cara Delevingne) - para kosmicznych agentów odpowiedzialnych za utrzymanie porządku. W trakcie jednej ze swoich misji młodzi zawodowcy trafiają na ślad wybitej w tajemniczych okolicznościach nacji. Podróżując przez kolejne warstwy Alphy, Valerian i Laureline próbują dociec, kto za tym stoi, na swojej drodze spotykając kolejne barwne postaci, jak zmiennokształtna Bubble (Rihanna) i komandor Arun Filitt (Clive Owen).

Reklama

Od pomysłów na bohaterów i ich przygody w "Valerianie..." jest aż tłoczno. Choć film trwa ponad dwie godziny, Besson nie traci czasu na oddech i prowadzi nas przez fantazyjny świat bez chwili wytchnienia. Jednego kosmitę natychmiast zastępuje drugim, jedną pogoń następną, w jeden wątek wplata pięć kolejnych. Najlepiej taktykę twórcy obrazuje fenomenalny pierwszy akt, w którym po energicznym wprowadzeniu, przenosimy się od razu na rajską planetę Nul zamieszkaną przez Na’Vi-podobnych obcych, by ostatecznie wylądować na plaży z Valerianem i Laureline, tuż przed rozpoczęciem ich najnowszej misji. Besson prowadzi nas razem z postaciami przez każdy wymiar stacji Alpha aż do bombastycznego finału.

Ten natłok wrażeń można potraktować jako największą słabość filmu. Od pierwszych sekund czuć, że Bessonowi znacznie bardziej zależy na pokazaniu jak najwięcej z magicznej rzeczywistości Miasta Tysiąca Planet, niż na prowadzeniu intrygi czy pogłębianiu bohaterów. Historia wyraźnie się plącze, zagadka zbyt często schodzi na drugi plan, a nawet główne postaci można podsumować góra dwoma przymiotnikami. Już przy pierwszym spotkaniu z Valerianem i Laureline wiemy, gdzie zmierza ich znajomość, choć po drodze do celu przyjdzie nam znieść masę nienajlepszych dialogów, zbędnych wyjaśnień i infantylnych wstawek. Wszechobecna aura kampowego humoru również nie przekona wszystkich.

Lecz w tych samych elementach tkwi też urok "Valeriana...". Dość niespodziewanie nowe dzieło Bessona okazuje się produkcją familijną, widowiskiem kolorowym, bajkowym, utrzymanym w tonie filmów przygodowych Spielberga i oryginalnych "Gwiezdnych wojen". Jest to również blockbuster zgoła odmienny od tego, co oferuje ostatnio rynek amerykański, bez superbohaterów, supermocy i związanych z tym rozmów o (super)odpowiedzialności. Mimo to gdy Besson zachwyca się na ekranie wyczarowanymi przez grafików plenerami, my zachwycamy się razem z nim. Praca techników, choć mocno inspirowana szkicami z "Avatara" Camerona, potrafi wmurować w fotel. O takich efektach specjalnych kino superbohaterskie może co najwyżej pomarzyć.

Są w "Valerianie..." sceny, które mają szansę wynieść film do miana kultowego. Sekwencja akcji rozgrywająca się równocześnie w dwóch różnych rzeczywistościach, zniszczenie planety Nul czy mistrzowsko zainscenizowane show w wykonaniu granej przez Rihannę Bubble są zjawiskowo piękne. Wzbogacone o świetną partyturę Alexandra Desplata, żywiołowy soundtrack i garść dobrych występów aktorskich sumują się w kino "popcornowe" na najwyższym poziomie.

Besson nie zapomina też o przesłaniu, upychając w swoim dziele masę politycznych symboli i społecznych aluzji. "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" mówi wiele o współczesnym świecie, może być nawet traktowany jako komentarz w kwestii problemów migracyjnych i porozumienia między narodami. Dodając do tego najwyższy poziom realizacji, otrzymujemy dzieło, pod którym z pełną świadomością mógłby się podpisać sam Walt Disney. Jeśli tak ma wyglądać każde kosmiczne widowisko podpisane przez Bessona, pozostaje jedynie czekać na więcej.

7,5/10

"Valerian i Miasto Tysiąca Planet" [Valerian and the City of a Thousand Planets], reż. Luc Besson, USA, Francja 2017, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa 4 sierpnia 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje