Reklama

Reklama

Reklama

Tysiącletni Justin Bieber

"Justin Bieber: Never Say Never 3D", reż. Jon Chu, USA 2011, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 25 marca 2011

Na początek plotka. Justin Bieber nie urodził się - on został wyhodowany. Jego ojcem jest nazistowski naukowiec z Towarzystwa Thule, który przeczekawszy w Argentynie procesy norymberskie, postanowił wreszcie, że koniec pierwszej dekady XXI wieku to idealny czas na aryjski Ragnarök. Do stworzenia Nadczłowieka użył genów najlepszych członków Hitlerjugend, ale idąc z duchem czasu, zamiast żelaznych bicepsów podarował mu słodki głos i blond grzywkę.

Reklama

Reklama

Plotka plotką, jednak już tytuł pierwszej pełnej płyty Biebera, "My World 2.0", niósł ze sobą groźbę globalnej dominacji, a przebieg jego kariery najlepiej opisuje słowo "Blitzkrieg". Każda współczesna potęga potrzebuje celuloidowego monumentu i wchodzący właśnie na nasze ekrany dokument "Justin Bieber: Never Say Never" jest tym dla nastoletniego gwiazdora, czym "Triumf woli" był dla NSDAP. Reżyserią tej kosztującej 13 milionów dolarów agitki zajął się bezbarwny wyrobnik Jon Chu, a jej propagandowe działanie wzmacnia ulubiony wynalazek dzisiejszego Hollywood: trójwymiar.

Można brać poprawkę na całe przedsięwzięcie - wiadomo, to nie film z prawdziwego zdarzenia, tylko trwający sto minut spot reklamowy - ale "Never Say Never" jest tak bezduszne, że nie potrafiłem w czasie seansu wyłączyć mojego sceptycyzmu i dać się porwać magii popkultury. Oczywiście sporo tutaj niezłego teledyskowego rzemiosła i w czasie scen skąpanych w fioletowym świetle koncertów żałowałem nawet, że wiek i gusta muzyczne wykluczyły mnie z tej Nibylandii. Zaraz potem jednak przychodziło obrzydzenie ilością manipulatorskich zabiegów - dosłownie każda minuta jest opatrzona etykietką "cool" i wykorzystana jako cegiełka do budowy świątyni ku czci Biebera. "Never Say Never" to uprawiana aż do zwichnięcia nadgarstka masturbacja nad trójwymiarowym zdjęciem nowego idola.

W filmie widzimy zdolnego pucybuta, który za sprawą swojej determinacji stał się milionerem. Jeśli akurat w to nie jest trudno uwierzyć - widać, że Bieber włożył w sukces wiele pracy - to przedstawienie go jako "zwykłego chłopaka" trąci fałszem. Dzieciak, którego widzimy cały czas na ekranie, nie ma nic wspólnego ze "zwykłymi chłopakami". Być może w rzeczywistości płacze nocami ze zmęczenia i zastanawia się, czy amfetamina pomogłaby mu nieco w trudnym życiu gwiazdy, ale w "Never Say Never" jest pół-bogiem, kochanym przez wszystkich i kochającym wszystkich. Kiedy musi odwołać dwa koncerty, martwi się przede wszystkim, że zawiedzie fanów. Widząc na ulicy krzywozębną dziewczynkę ze skrzypcami, podchodzi do niej i pociesza ją, że on też dawniej muzykował w miejscach publicznych. Jest zwariowany, ale i rozważny. Jest pełen determinacji, ale i wrażliwy. Jest idealny.

Czuć coś autentycznie przerażającego w optymizmie, jaki wypełnia "Never Say Never". Każdy z wypowiadających się tutaj ludzi wierzy w czekającą Biebera świetlaną przyszłość, zapominając, że show-biznes bardzo okrutnie obchodzi się z idolami. Bieber nie jest Nadczłowiekiem, tylko Pinokiem, który trafił do świata cracku i oblewających się szampanem dziwek. Być może w swoim czasie będzie musiał słono zapłacić za stanie się prawdziwym chłopcem i za kilka lat, kiedy zobaczymy go na YouTube z twarzą przeoraną przez całe zło rock n' rolla, słowa "nigdy nie mów nigdy" nabiorą zupełnie innego znaczenia.

4/10


Jeśli chcesz obejrzeć film "Justin Bieber: Never Say Never 3D", sprawdź repertuar kin w swoim mieście!

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jon Chu | justin | Bieber | Justin Bieber

Reklama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Reklama