"Tulipanowa gorączka" [recenzja]: Zwiędły kwiat

Gdy dystrybutor przekłada premierę filmu czterokrotnie, bo nie ma pomysłu, co zrobić z otrzymanym materiałem, wiedz, że coś się dzieje. "Tulipanowa gorączka" Justina Chadwicka wchodzi do kin blisko dwa lata po oryginalnej dacie, po serii napawających obawami decyzji braci Weinstein. To oczywisty znak, że od początku w czymś tkwił problem. Niestety, nawet dwa lata leżenia na półce nie pomogły go rozwiązać. "Tulipanowa gorączka" to wciąż ten sam nieudany i chaotyczny projekt. A Weinsteinowie chowają głowy w piasek.

Christoph Waltz i Alicia Vikander w filmie "Tulipanowa gorączka"

Na papierze, oparte na bestsellerowej powieści dzieło Chadwicka, wyglądało raczej jak kandydat do Oscara, a nie... Złotej Maliny.

Reklama

Mamy ciekawe tło historyczne - Amsterdam w pierwszej połowie XVII wieku. Mamy intrygujący motyw - szał na punkcie cebulek przywiezionego zza oceanu tulipana. Mamy grupę barwnych bohaterów - nastoletnią sierotę Sophię, którą zakonnice wydają za mąż wbrew jej woli, wdowca-bogacza, Cornelisa, oszalałego na punkcie spłodzenia potomka i artystę-niedojdę, Jana, do którego ustawiają się kolejki - lecz nie po jego obrazy, a spłatę długów. Trójkąt na miarę "Titanica". O gorącym uczuciu, które rozkwita pomiędzy Sophią a Janem dowiadujemy się z narracji służącej - Marii. Ta jednak szybko z obserwatorki staje się wspólniczką zbrodni, knując intrygę, która dwójce kochanków ma umożliwić wspólną przyszłość.

Nie tylko fabularnie "Tulipanowa gorączka" to potencjał na murowany hit. Obsadowo też wszystko jest na swoim miejscu: laureatka Oscara Alicia Vikander w roli zdradzającej mężatki, podwójny laureat Oscara Christopher Waltz jako zdesperowany mąż, młody, zdolny Dane DeHaan jako aspirujący malarz zatrudniony do stworzenia ich portretu. I Judi Dench na drugim planie z klasyczną manierą wybitnej aktorki. A za kamerami? Twórca "Kochanic króla", scenarzyści "Zakochanego Szekspira" i "Dumy i uprzedzenia" (Tom Stoppard, Deborah Moggach), operator "House of Cards" (Eigil Bryld) i etatowy kompozytor Tima Burtona (Danny Elfman). Co więc sprawia, że film sypie się szybciej, niż płatki na zwiędłym tulipanie?

Cóż, jak mówi przysłowie - nie ma róży bez kolców, a emocji bez porządnego tekstu. Chociaż w "Tulipanowej gorączce" na brak wątków, zwrotów akcji i wielkich zaskoczeń nie możemy narzekać, są one poprowadzone zazwyczaj tak nieudolnie i przypieczętowane taką ilością kulawych dialogów, że nawet początkowy entuzjazm nie wystarcza, by utrzymać naszą uwagę na powierzchni. Alicia Vikander snuje się w pięknych strojach jak zaspana mucha, Christopher Waltz rzuci czasem zdaniem lub dwoma na temat tego, jak bardzo chciałby spłodzić potomka, ktoś inny targuje się o tulipany na niezrozumiałych zasadach, a z ekranu zaczyna wiać nudą. Co gorsza, nawet narwany montaż i pełna absurdów intryga nie są w stanie zwalczyć tego uczucia. Temperatura jest co najwyżej letnia, sceny kradnie grany z przymrużeniem oka przez Toma Hollandera lekarz, a jedyna gorączka, jakiej możemy się spodziewać, to biała gorączka z nerwów.

Jeśli doliczyć do tego liczne sceny erotyczne zahaczające o soft porno, powtarzane dziesiątki razy deklaracje o miłości i telenowelowe przerysowanie trudno się dziwić, że ktoś miał opory przed wysłaniem tego melodramatu do kin. "Tulipanowa gorączka" skazana jest na telewizję w późny środowy wieczór, z naklejką 16+ w rogu, w paśmie "wyższe sfery po 22" lub "wzrusz się w środku tygodnia". Po seansie zakończonym banalną puentą, dziw bierze, że dzieło Chadwicka od razu nie skończyło na małym ekranie. Jedynym, co tłumaczy tę decyzję, jest imponująca (i grająca na poziomie) obsada, artystyczne ambicje oraz spory budżet (25 mln $) zainwestowany w scenografię i kostiumy z epoki.

Przez polskie kina przetoczyły się w tym roku filmy o wiele gorsze, niż "Tulipanowa gorączka". Produkcja Weinsteinów mimo rozlicznych wad, wyraźnie stara się nie zniżać poniżej pewnego poziomu, przez pierwszą połowę walczy dzielnie, czyni też kilka trafnych aluzji, próbuje używać metafor, a nawet momentami szczerze bawi. Jej największym grzechem są jednak wielkie obietnice, których Chadwick i jego obsada nie są w stanie spełnić. Rezultat - zawiedzione oczekiwania - jest gorszy od niejednego skrajnie złego filmu. Gdyby więc przyrównać "Tulipanową gorączkę" do kwiatu, nie otrzymamy ani tulipana, ani nawet róży, a co najwyżej stokrotkę w bogato zdobionym wazonie - tyle że bez wody.

5/10

"Tulipanowa gorączka" (Tulip Fever), reż. Justin Chadwick, Wielka Brytania, USA (2016), dystrybutor: , premiera kinowa: 8 września 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Tulipanowa gorączka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje