"Szatan kazał tańczyć" [recenzja]: Miłość i inne używki

Magdalena Berus w filmie "Szatan kazał tańczyć", fot. Paweł Tkaczyk / Manana /materiały dystrybutora

Wąski kadr pożyczony z Instagrama, artyzm zahaczający o pornografię i wykorzystanie sześciu kolorów poszczególnych scen, próbujące maskować pustkę filmu. Katarzyna Rosłaniec powraca. W "Szatan kazał tańczyć" reżyserka "Galerianek" i "Bejbi blues" po raz kolejny postanowiła pokazać świat współczesnej młodzieży. I po raz kolejny wykazała się wrażliwością godną gimnazjalistki.

Reklama

Dwudziestokilkuletnia Karolina (Magdalena Berus) wydaje międzynarodowy bestseller - współczesną wersję "Lolity" Nabokova. Świętując globalny sukces powieści, dziewczyna podróżuje po europejskich stolicach, jedną imprezę zastępując drugą. Jej rzeczywistość kręci się wokół alkoholu, narkotyków i seksu, które mają być lekarstwem na twórczy kryzys i towarzyszące młodej pisarce poczucie beznadziei. Jednak z każdym nowym dniem jej życie coraz bardziej wymyka się spod kontroli...

Tak przynajmniej brzmi to w teorii, bo jako widzowie nie otrzymujemy możliwości obejrzenia historii Karoliny w porządku chronologicznym. Nowe dzieło Rosłaniec to chaotyczny zbiór 54 dwuminutowych urywków z życia bohaterki, które zdaniem reżyserki można układać w dowolnej kolejności, a znaczenie zostanie zachowane. Nie ma tradycyjnej fabuły, a jedynie zestaw podobnych sobie scen w sześciu kolorach. Nie ma początku i końca, a jedynie zbiór ekscesów z wykorzystaniem kilku tradycyjnych używek. Nie ma sensu, są tylko jego pozory.

Reklama

Twórcy za wszelką cenę próbują przekonać nas, że mają coś do powiedzenia, ale to ułuda. Kwadratowy kadr, który wcześniej fenomenalnie wykorzystał w "Mamie" Xavier Dolan, ma podkreślać ograniczenie i uwięzienie bohaterki, lecz robi to w sposób nachalny. Psychodeliczne sceny czytania fragmentów powieści Karoliny, podczas gdy w tle jej twarz coraz bardziej upodabnia się do twarzy lalki, mają pełnić funkcję szokującej metafory, lecz są metaforą, mówiąc delikatnie, przyciężkawą. A fragmentaryczna konstrukcja ma oddać zagubienie głównej bohaterki, lecz w zamian nie jesteśmy w stanie poczuć w stosunku do niej choćby cienia empatii, nie mówiąc o zaangażowaniu się w jej losy.

Nawet gdyby uznać wszystkie te zabiegi za ambitną, choć niedojrzałą próbę artystyczną autorki, giną one pod masą fatalnych dialogów, tanich stylizacji i wielokrotnie powtarzanych motywów. Każąc biegać swoim aktorom nago, masturbować się i symulować coraz to głębsze stany zatracenia i pożądania, Rosłaniec wydaje się, że przekracza estetyczne granice, choć tak naprawdę przekracza co najwyżej granice desperacji, by przyciągnąć uwagę widza. Efekt? "Szatan kazał tańczyć" jest tworem nieznośnym, smutnym i zupełnie niepotrzebnym.

Oczywiście, Rosłaniec ma w tym wszystkim nieco szczęścia - do aktorów, którzy próbują z niczego stworzyć coś wartościowego, do operatorów, którzy umiejętnie inscenizują kadry i do krytyków, którzy w tym morzu pustki będą starali się odnaleźć znaczenie. Jednak co można powiedzieć o artystce, która zupełnie się nie rozwija? W jednym z wywiadów Rosłaniec przyznała, że "Szatan kazał tańczyć" jest obrazem o "momentach w życiu, które są mocne". Tyle że tych momentów starcza co najwyżej na 15-minutową etiudę, a nie na trzy identyczne filmy pełnometrażowe. Czas zadać sobie pytanie: po co?

Dla tych, którzy wciąż łudzą się, że "tym razem będzie lepiej", do trzymania się z dala od kin być może przekona jedno. W trakcie napisów początkowych do "Szatan kazał tańczyć" Rosłaniec sugeruje, że istnieją 43 miliony możliwych wersji filmu. Jestem przekonany, że żadna z nich nie jest warta naszego czasu. I mam nadzieję, że wszyscy polscy producenci zauważą to samo. Tej pani już dziękujemy.

2/10

"Szatan kazał tańczyć", reż. Katarzyna Rosłaniec, Polska 2017, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 5 maja 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Szatan kazał tańczyć

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje