"Światło między oceanami" [recenzja]: Bez ognia

Każdego roku w kinach pojawia się przynajmniej kilka filmów, które nazywane są murowanymi kandydatami do oscarowych nominacji. Głośne nazwiska, uwielbiani reżyserzy, ważne tematy - skrojone pod sezon nagród obrazy jeszcze przed premierą poprzeczkę mają postawioną bardzo wysoko. I czasem, mimo wysiłku twórców, po prostu nie są w stanie do niej sięgnąć. "Światło między oceanami" jest właśnie takim dziełem.

Michael Fassbender i Alicia Vikander w scenie ze "Światła między oceanami"

Adaptacja bestsellerowej powieści M.L. Stedmana to historia przeżywającego traumę bohatera wojennego Toma, który po powrocie z frontu I wojny światowej podejmuje pracę latarnika na małej wysepce u wybrzeży Australii. Na odludziu mężczyzna rozpoczyna wymianę listów ze świeżo poznaną córką swojego pracodawcy, Isabel. Między obojgiem rodzi się uczucie i wkrótce dziewczyna postanawia dołączyć do ukochanego.

Reklama

Sielankę życia nowożeńców brutalnie przerywa stracona ciąża, a później narodziny martwego niemowlaka. Tuż po tym, niczym odpowiedź na nieszczęśliwe zdarzenia, na horyzoncie pojawia się samotna łódź, w której para odnajduje ciało mężczyzny i wygłodzoną, malutką dziewczynkę. Za namowami przeżywającej depresję żony, Tom godzi się zatrzymać dziecko. Po latach w wyniku zbiegu okoliczności dochodzi do spotkania samozwańczych rodziców z biologiczną matką kilkuletniej Lucy...

Reżyser i scenarzysta Derek Cianfrance ("Blue Valentine") do swojego najnowszego projektu zaangażował oscarowe gwiazdy: nagrodzone statuetkami aktorki (Alicię Vikander i Rachel Weisz), dwukrotnie nominowanego aktora (Michael Fassbender), weterana nagród i wybitnego kompozytora Alexandre’a Desplata oraz uhonorowanego nominacjami do Emmy operatora Adama Arkapawa ("Makbet"). Ponadto na warsztat wziął zbierającą świetne recenzje książkę z historią "większą, niż życie". To musiało na papierze wyglądać niemal jak gotowy przepis na wyróżnienia Amerykańskiej Akademii Filmowej. Niestety, coś po drodze musiało pójść nie tak.

"Światło między oceanami" zaczyna się bardzo obiecująco. Choć miłosnej historii Toma i Isabel od początku brakuje oryginalności, dzięki dobrej pracy aktorów, pięknej scenografii i nasyconym zdjęciom, ogląda się ją z zaciekawieniem. W połączeniu z poruszającymi dźwiękami (kolejnej) mistrzowskiej partytury Alexandra Desplata powstaje wspaniały obrazek. Film angażuje, bohaterowie budzą sympatię, a scena rozgrywająca się w trakcie wichury to realizacyjny i emocjonalny majstersztyk, szczyt możliwości twórców w zakresie budowania napięcia.

Jednak komplikacje, dość zaskakująco, zaczynają się w punkcie zwrotnym opowieści. Kiedy Tom i Isabel przygarniają cudze niemowlę, a później spotykają zrozpaczoną po stracie dziecka Hannah, intensywność "Światła między oceanami" znacząco spada. Mimo że z pozoru jest jeszcze "ładniej" i bardziej wstrząsająco, muzyka gra głośniej, a twórcy w każdej minucie starają się podnosić stawkę, momentami ocierając się przez to o absurd, spod ślicznych kadrów zaczyna wyzierać pustka. Po mocnym starcie ze sztucznie pompowanego balonika uchodzi w finale całe powietrze, a zamiast obiecanego "wyciskacza łez", otrzymujemy garść niesatysfakcjonujących rozwiązań, przy których paczka chusteczek jest całkowicie zbędna.

Gdy Cianfrance zaczyna pociągać za najbardziej melodramatyczne struny, nawet urok Alicii Vikander, Rachel Weisz i Michaela Fassbendera nie jest w stanie utrzymać przy życiu tytułowego "światła". Zwłaszcza, że zarówno Vikander ("Dziewczyna z portretu"), jak i Fassbender ("Steve Jobs") mają za sobą ostatnio lepsze i pełniejsze kreacje, a Weisz nie dostaje okazji, by błyszczeć. Pomimo rozwlekłości (metraż filmu to ponad 130 minut) zabrakło w "Świetle między oceanami" miejsca na rozsądny, niewymuszony konflikt i finał z prawdziwego zdarzenia.

Trudno czynić jakiekolwiek zarzuty wobec technicznych aspektów filmu, bo ambicje ekipy Cianfrance'a są aż nazbyt widoczne. Ostatecznie jednak twórcom "Światła" zamiast prawdziwego ognia udaje się rozniecić w nas jedynie wątły płomyczek zainteresowania. I choć ten słaby blask powinien wystarczyć na seans bez odczuwania nadmiernej senności, na deszcz złotych statuetek się nie zanosi.

6/10

"Światło między oceanami", [The Light Between Oceans], reż. Derek Cianfrance, USA, Nowa Zelandia 2016, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa 18 listopada 2016 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Światło między oceanami

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje