"Sprzymierzeni" [recenzja]: Zeszłego roku w Casablance

Na początku "Sprzymierzonych" as kanadyjskiego wywiadu Max Vatan (Brad Pitt) przybywa do Casablanki, aby razem z francuską agentką Marianne Beausejour (Marion Cotillard) dokonać zamachu na niemieckiego ambasadora. Mamy 1942 rok, świat płonie. Skojarzenia z "Casablanką" Michaela Curtiza są jak najbardziej na miejscu.

Marion Cotillard i Brad Pitt w filmie "Sprzymierzeni"

To nawiązanie nie jest jednak pustym kinofilskim gestem, tylko deklaracją, zapowiedzią tego, co ma nadejść. Film Roberta Zemeckisa jest przede wszystkim staroszkolnym melodramatem, wyglądającym tak, jakby przeniesiono go ze złotej ery Hollywood do czasów Netfliksa.

Reklama

Max i Marianne udają małżeństwo. Chociaż w swoim dusznym domu są dla siebie oschli, to na zewnątrz - w zasięgu wzroku sąsiadów, znajomych i hitlerowskich dygnitarzy - wymieniają pocałunki, uściski i rozanielone spojrzenia. Cyniczny show trwa przez jakiś czas, aż w końcu fikcja staje się prawdą: agenci zakochują się w sobie. W drugiej połowie filmu, kiedy akcja przenosi się do Londynu, są już małżeństwem i świeżo upieczonymi rodzicami. Pewnego dnia Max zostaje wezwany na spotkanie z wysoko postawionym pracownikiem wywiadu, od którego dowiaduje się, że Marianne jest podejrzana o bycie niemieckim szpiegiem. Bohater zapewnia, że jest pewien uczciwości żony, ale w jego głowie zapala się czerwona lampka paranoi.

Wysokie stawki i egzotyczne przygody. Miłość w czasie apokalipsy. Piekło wojny i piekło podejrzeń. Chociaż scenariusz Stevena Knighta jest podobno oparty na faktach, to przedstawiona w nim historia wydaje się zmyślona, wszystko jest w niej bowiem pisane wielką literą i przyozdobione fantazyjnymi zawijasami. Aby zrozumieć, jak bardzo ten film jest eskapistyczny, wystarczy porównać go z serialem "Zawód: Amerykanin", w którym działająca w USA dwójka sowieckich szpiegów, także używająca małżeństwa jako przykrywki, stara się miesiąc po miesiącu podtrzymywać iluzję i wykonywać kolejne zadania. Romantyzm szpiegowskiego życia tonie tam w powodzi codziennych banałów i proceduralnych obostrzeń.

Mimo wszystko "Sprzymierzeni" prawie w ogóle nie są kiczowaci. Jest to zasługa Zemeckisa, który opowiada tę historię z rozmachem, ale i powściągliwością. Jego strategię najlepiej pokazuje scena pierwszego seksualnego zbliżenia między Maksem a Marianne. Dochodzi do niego w samochodzie, który - jak się zdaje - stoi na samym środku pustyni; w odpowiedzi na rosnące pożądanie bohaterów wokół rozpętuje się burza piaskowa. W każdym innym filmie takiemu obrazowi akompaniowałaby szczytująca orkiestra, tutaj słuchać głównie odgłos piasku uderzającego o karoserię, w tym samym stopniu niepokojący, co dziwnie intymny. Także tragiczny finał jest pozbawiony bardziej zamaszystych środków wyrazu, przez co szok dociera do widza z opóźnieniem, jakby przez barierę z odrętwienia.

W podobnym stylu grają Pitt i Cotillard, mający tworzyć parę na miarę tych z czasów, kiedy udział gwiazd przesądzał o sukcesie filmu. Oboje unikają histerii, ale przy tym nadają poszczególnym gestom niebywałego, wręcz kosmicznego ciężaru. Max i Marianne są nie tyle ludźmi, co ikonami. On jest idealnym mężczyzną, pięknym i jasnym, godzącym siłę z wrażliwością. Z kolei ona jest wcieloną tajemnicą, zachowującą dekadencki urok nawet w domowych pieleszach, obdarzoną uśmiechem, który bardzo łatwo przechodzi w grymas.

9/10

"Sprzymierzeni", reż. Robert Zemeckis, USA 2016, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 25 listopada 2016 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Sprzymierzeni

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje