"Smoleńsk" [recenzja]: Kino na miarę polskiej polityki

Beata Fido /materiały dystrybutora

Propaganda w filmie nie jest zjawiskiem nowym. Często zapominamy, że obok Sowietów prawdziwymi mistrzami tworzenia polityczno-filmowych "laurek" są Amerykanie, którzy od lat zamieniają swoich prezydentów w komandosów, żołnierzy w bohaterów wojennych, a naukowców w ratujących świat superbohaterów. "Smoleńsk" to bez wątpienia największy majstersztyk filmowej kreacji rzeczywistości znad Wisły.

Reklama

Już od pierwszych minut seansu wiadomo, że reżyser dotrzymał słowa i nie będzie ukrywał swoich politycznych poglądów. Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że Krauze (znany w ostatnich latach z innego patriotycznego przeciętniaka "Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł") cały czas nachalnie sugeruje widzowi, że Rosjanie są bezpośrednimi "sukcesorami" katów NKWD, którzy przed 70 laty wymordowali polskich oficerów w katyńskich lasach.

Cała filmowa narracja skupia się wokół historii dziennikarki (w tej roli Beata Fido) "reżimowej" stacji TVM SAT (nazwa nie pozostawia miejsca na domysły). Reporterka relacjonuje widzom wydarzenia wokół śledztwa w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu. Kobieta wraz ze swoim wiernym kamerzystą (Maciej Półtorak) śledzą najpierw proces identyfikacji zwłok, potem przewiezienie ich ze znienawidzonej Moskwy do Polski, by wreszcie przejść do dania głównego - dociekania przyczyn katastrofy.

Reklama

Wydaje się, że twórcom filmu marzył się klasyczny polityczny thriller w stylu "Wszystkich ludzi prezydenta". Niestety, aby osiągnąć taki efekt, potrzebne są: dobrze zbudowany scenariusz, wyraziści pierwszo- i drugoplanowi bohaterowie, wreszcie - napięcie budowane zgodnie ze schematem gatunku; inaczej można niebezpiecznie zbliżyć się do paradokumentów w stylu "Kto wydeptał kręgi w zbożu?" lub "Ukryta prawda".

Idąc za tym porównaniem "Smoleńsk" spełnił raczej oczekiwania fanów tego drugiego gatunku. Postaci są jednowymiarowe, nudne i czarno-białe. Reżyser grubą kreską nakreślił widzowi podział na jasną i ciemną stronę mocy, gdzie prawicowi (w rozumieniu twórców filmu "niezależni") dziennikarze, otoczenie prezydenta Kaczyńskiego (granego przez Lecha Łotockiego) i niektóre rodziny ofiar katastrofy stoją dumnie wyprostowani po stronie swojej prawdy, natomiast moralną ciemność reprezentują redaktorzy propagandowych mediów i przedstawiciele służb wywiadu, których sam Orwell nie sportretowałby lepiej. Podsumowaniem tej schizmy jest wyłaniająca się zza gęstej mgły czytelna aluzja, że za katastrofę częściowo odpowiada Donald Tusk i Władimir Putin.    

Pod względem filmowego warsztatu "Smoleńsk" uderza amatorszczyzną. Twórcy wmontowali zdecydowanie zbyt wiele prawdziwych materiałów telewizyjnych przedstawiających pierwsze dni po katastrofie i przebieg dalszego śledztwa. Długie sceny prezydenckiego pogrzebu "rozmywają" akcję i niczego nie wnoszą do fabuły.

Niestety, "Smoleńsk", zamiast filmu upamiętniającego tragiczne wydarzenia sprzed ponad sześciu lat, które przecież na pewien czas zjednoczyły wszystkich Polaków, stał się kolejnym obrazem, który pogłębi polityczny konflikt. Historia pokazała, że włączanie kina w tryby politycznej machiny nigdy nie robiło dobrze X muzie. Na pewno nie zrobiło dobrze filmowi "Smoleńsk".

2/10

"Smoleńsk", reż. Antoni Krauze, Polska 2016, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 9 września 2016

Dowiedz się więcej na temat: Smoleńsk (film)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje