Skuszona niewinnością

"Magiczna podróż do Afryki", reż Jordi Llompart, Hiszpania 2010, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 13 sierpnia 2011

Dziewczynki lubią lalki Barbie, bo wyglądają one jak dorosłe kobiety. Można się nimi bawić w dorosłe życie. Nie trzeba dłużej być dzieckiem. W kinie też nie ma dziś dzieci. Dziesięciolatkowie ratują świat, walczą ze złymi mocami i są zmuszani do dokonywania wyborów ponad swoją miarę. Dzieci to jednak lubią. Utożsamiając się z takimi bohaterami czują pełne prawo do buńczucznego mówienia o sobie: jestem dorosły! Nikt już się temu nie dziwi. W dużej mierze właśnie z tego powodu "Magiczna podróż do Afryki" Jordiego Llomparta jest tak nieprawdopodobnie zaskakująca.

Reklama

Debiut hiszpańskiego reżysera określa się mianem pierwszej europejskiej superprodukcji, w której prym wiedzie nowoczesna animacja komputerowa i przełomowe, zjawiskowe efekty specjalne. Nic jednak nie zadziwia bardziej, niż postać głównej bohaterki. Dziesięcioletnia Jana (Eva Garretsen) jest naiwna, wciąż zadaje pytania i domaga się oczywistych odpowiedzi, które nie zawsze łatwo zwerbalizować. Dziewczynka wciąż wierzy we wróżki, opowiada mamie o tym, co ją niepokoi, fantazjuje na jawie i rozbija namiot na środku swojego pokoju. Nikt nie stawia przed nią wielkich, dziejowych wyzwań, nie zmusza do stawania w szranki z całym złem tego świata ani uciekania w świat baśni, w którym pierwsze skrzypce gra okrucieństwo.

Jana chce tylko poznać świat, nurtują ją pytania o przyjaźń i dobroć. Chce wiedzieć, na czym polega rzeczywistość, w którą dopiero wkracza. Pchana niecodzienną, ale nieskrywaną fascynacją żywioną wobec małego, czarnoskórego chłopca - ulicznego złodzieja telefonów komórkowych, dziewczynka wyrusza w wyimaginowaną podróż do jego ojczyzny, Afryki. Czarny Ląd jawi się jej jako kolebka cywilizacji. Tam swoje korzenie mają wszystkie historie świata, zdaje się twierdzić reżyser.

Zanim Jana się o tym przekona, spotka na swojej drodze wygadanego rysia, który usypał mandalę na pustyni, szalone małpy, gadające kwiaty, sfrustrowanego lwa i dostojnego słonia. Trafi też do jednego z afrykańskich plemion, gdzie zaprzyjaźni się z chłopcem, który pomoże jej trafić do krainy, gdzie opowieści snują dzieci. Jedną z nich jest bez wątpienia historia przeżywana przez Janę. Nie ma w niej nic prawdziwego, prócz emocji, które może żywić dziecko. Dziewczynkę cieszy i interesuje wszystko, co staje na jej drodze. Ma cel, do którego dąży, ale niczego nie mija obojętnie, jak zwykł to robić jej ojciec.

Nie ma w Janie cynizmu ani obawy przez zmianami. Żadnej z tych rzeczy dziewczynka sobie jednak nie uświadamia. Wszystko przeżywa w teraźniejszości, zatrzymuje chwile w czasie ich trwania. Jej naiwność zadziwia raz za razem, niewinność jest nie do przecenienia. I tylko wspomniane na wstępie rzekomo przełomowe efekty specjalne są nie do zauważenia. Jana przemieszcza się z miejsca na miejsce na białym, latającym rumaku z niebieską grzywą, ale nie przekracza tym samym granic, które wciąż stoją przed twórcami efektów specjalnych.

"Magiczna podróż do Afryki" przypomina raczej dobrze zrealizowany telewizyjny film, wraz z którym może upłynąć dzieciom pochmurny, sobotni poranek.

3/10


Ciekawi Cię, co jeszcze w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Dowiedz się więcej na temat: Jordi Llompart

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje