Seks z obowiązku

"Seks w wielkim mieście 2" ("Sex and the city 2"), reż. Michael Patrick King, USA 2010, dystrybutor: Warner Bros., premiera kinowa: 28 maja 2010 roku.

Ostrzyłem sobie pióro na napisanie tego tekstu. Od kilku dni przeglądam magazyny z modą, żeby nauczyć się odróżniać buty od Blahnika, od regularnych obcasów z Baty. Chciałem zawrzeć w recenzji odrobinę finezji - ostatecznie tytuł serialu, na bazie którego powstał film zobowiązuje nie mniej niż profesja głównej bohaterki - koleżanki po piórze.

Reklama

"Seks w wielkim mieście" na srebrnym ekranie skrzył się humorem, zaskakiwał werbalnymi woltami i ubierał w słowa wszystko to co chodziło nam po głowach, ale baliśmy się o to spytać. Niestety, od dnia premiery, w Stanach wydarzyło się wiele rzeczy z 11 września na czele, a 4 singielki z Manhattanu skończyły jako 3 mężatki, mniej lub bardziej dzieciate i jedna seksoholiczka przechodząca menopauzę - tak dla potwierdzenia reguły. Cóż zatem z finezją tekstu? To samo co z finezją serialu - ulotniła się pozostawiając dławiącą frustrację, w oprawie glamour.

Zapewne słyszeli Państwo o czymś takim jak scenariusz? Tak? Otóż, uwadze twórców drugiego "Seksu w wielkim mieście" potrzeba posiadania czegoś takiego jak scenariusz, przed przystąpieniem do zdjęć, najwyraźniej umknęła. Najpewniej uznano, że kilka (pardon - kilkadziesiąt) markowych ciuchów, samochodów, zegarków, plazmowych ekranów i innych wyznaczników statusu materialnego wystarczy żeby przykuć, złaknionego pocztówek z wielkiego świata, widza do ekranu. Dawno nie spotkałem się z filmem, który w równym stopniu obrażałby inteligencję widza, sugerując, że ten jest bezmózgim zombie konsumującym wszystko co się świeci, brzęczy, błyszczy i kosztuje krocie. Serial "Seks w wielkim mieście" oddawał głos czterem niezależnym, przebojowym kobietom, które w wciągający sposób opowiadały o sobie, film te kobiety knebluje, czego najlepszą figurą jest karykatura jaką New York Times okrasił recenzję książki serialowej Carrie Bradshow-Preston, przedstawiająca ją z zaklejonymi ustami. Niemal wszystko co wydostaje się z ust bohaterek jest skrajnie infantylne, idiotyczne lub nieznośnie pretensjonalne. Gdyby ktoś na podstawie "Seksu..." chciał kształtować sobie zdanie o czterdziestolatkach z Nowego Jorku, lub co gorsza - kobietach w ogóle, zostałby skrajnym mizoginem, przekonanym, że nawet wykształcone przedstawicielki piękniejszej z płci, tak naprawdę marzą tylko o plotkarskich magazynach, nowych sukienkach, bogatym mężu i wierności małżeńskiej.

Przez bite 2,5 godziny seansu, nie zamknąłem ust, które rozwarły się ze zdziwienia, w czasie pierwszej sceny - zrealizowanej w konwencji reklamy pasty do zębów. Z każdym kolejnym dialogiem, żałowałem, że usta bohaterek nie osiągają tego samego stadium rozwarcia co moje, gdyż to uniemożliwiałoby im wydawanie artykułowanych dźwięków. Być może nieco się zacietrzewiam, ale 145 minut bezsensownie powiązanych scen, poprzetykane rasistowskim wypadem do bogatego, ale obyczajowo zacofanego Abu Zabi, zapełnionych mdlącymi sylwetkami, których dylematy są tak zajmujące jak obieranie ziemniaków, a konstrukcja psychiczna stoi na poziomie gumisiów, to za dużo nawet jak na moją sporą cierpliwość. Wydaje się, że wypad do arabskiego centrum glamour, na który ni z tego ni z owego decydują się bohaterki około 70-tej minuty filmu, zaplanowany został po to, by odeprzeć ataki krytyków utyskujących nad konserwatywnym zwrotem Seksu w wielkim mieście. Otóż, są jeszcze na świecie kobiety, którym nowa Carrie, wraz z koleżankami ma do przekazania jakąś emancypującą treść. Gdzie są te kobiety? W Zjednoczonych Emiratach Arabskich - zakutane w burki. Czego Carrie może ich nauczyć? Tego, że jeśli ściągną chusty z twarzy, łatwiej będzie im jeść frytki. Na więcej niestety jej nie stać.

Bardzo przykro jest mi patrzeć jak legenda jednej z lepszych obyczajowych serii telewizyjnych brukana jest przez podobnego rodzaju produkty. Jeśli lubią państwo "Seks w wielkim mieście" to proszę jak najszerszym łukiem omijać jego drugie, pełnometrażowe wydanie. Po tym wątpliwej przyjemności doświadczeniu, nie da się patrzeć na Carrie, Mirandę, Charlotte i Samanthę z tą samą dozą sympatii co wcześniej, a ich słowom trudno przydać jakikolwiek walor. Ten film to zbrodnia, dokonana z zimną krwią na serii. Zbrodnia popełniona jedynie w celach rabunkowych. Ofiarą jest wielkomiejski seks, z którego pozostaje prowincjonalne pukanie i nasze ogołocone portfele.

1/10

Dowiedz się więcej na temat: film | Warner Bros. | seks | 'Seks w wielkim mieście'

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje