"Player One" [recenzja]: Gierki starego wyjadacza

Kadr z filmu "Player One" /materiały prasowe

​Steven Spielberg mimo siedemdziesiątki na karku nie zwalnia tempa. Naczelny hollywoodzki wyrobnik z regularnością maszyny zarzuca nas kolejnymi dziełami, zajmując się na przemian ambitnymi dramatami i komercyjnymi widowiskami. Zaledwie kilka miesięcy po oscarowej "Czwartej władzy", na ekrany wchodzi przygodowy "Player One". I choć w obu przypadkach czuć zmęczenie materiału, tym drugim filmem Spielberg pokazuje, że w kinie rozrywkowym ma do zaproponowania znacznie więcej, niż w artystycznym.

Reklama

W przeciwieństwie do leniwego peanu na cześć amerykańskiego dziennikarstwa, adaptacja bestsellerowej powieści Ernesta Cline’a to najodważniejsza próba wyjścia poza schemat, jaką Spielberg podjął w trwającej dekadzie. Po oldschoolowej baśni o przyjaźni dziewczynki z olbrzymem ("BFG: Bardzo Fajny Gigant") twórca wziął na tapetę dorobek popkultury, prezentując wizję przyszłości, w której ludzkość ucieka z wyniszczonej Ziemi do wirtualnego świata Oasis.

W cyfrowej przestrzeni gracze mogą być, kim chcą, prowadząc życie, jakiego otaczająca rzeczywistość nie jest im w stanie zapewnić. Jednym z najzdolniejszych członków tej społeczności jest nastoletni Wade (Tye Sheridan). Po śmierci twórcy Oasis, Jamesa Hallidaya (Mark Rylance), bierze on udział w wyścigu, w którym stawką jest władza nad wirtualnym światem. Z pomocą poznanych w grze przyjaciół, jak Art3mis (Olivia Cooke) i Aech (Lena Waithe), Wade chce powstrzymać bezwzględnego Nolana Sorrento (Ben Mendelsohn) - szefa korporacji IOI, który na Oasis ma chrapkę graniczącą z manią.

Halliday, jako miłośnik popkultury, swój wyścig naszpikował nawiązaniami do najbardziej znanych dzieł z lat 80., 90 i późniejszych, więc w "Playerze One" bliskie spotkanie z King Kongiem, starcie Iron Gianta z Mechagodzillą czy przejażdżka furami z "Powrotu do przeszłości" i "Mad Maxa" to norma. Nowy film Spielberga stworzony jest z myślą o geekach, którzy z odnajdywania kolejnych nawiązań będą czerpać największą frajdę. Osoby mniej zorientowane mogą nie zrozumieć padających z ekranu żartów, fani będą natomiast śmiać się non stop, zwłaszcza, że intertekstualność to największy atut dzieła. Jej siła przejawia się szczególnie w doskonałej sekwencji inspirowanej... "Lśnieniem" Stanleya Kubricka. W popisowym fragmencie filmu, gdy bohaterowie trafiają do hotelu Overlook, łączą się wszystkie elementy, za które widzowie pokochali Spielberga: humor, polot, energia i techniczna maestria.

Reklama

Barwnej warstwie inscenizacyjnej towarzyszy równie barwna warstwa wizualna. Mimo wymagającego czasu trwania (140 minut), "Player One" zrealizowany jest z werwą, której brakuje sporej części amerykańskich blockbusterów. Z wyjątkowym wyczuciem wykreowana została animowana rzeczywistość Oasis - pełna szalonych pomysłów, kolorowych postaci i drobnych smaczków dla pasjonatów popkultury. W części "aktorskiej" jest już nieco mniej ciekawie. Choć na jej korzyść działa gama niezłych występów aktorskich, na czele z fenomenalną rolą Marka Rylence’a, brak tu tej siły wyobraźni, która napędza "wirtualną" partię filmu. Ujmując rzecz inaczej - oryginalne realia Oasis mają się nijak do nieoryginalnych realiów postapokaliptycznego Columbus, gdzie rozgrywa się zasadnicza część fabuły.

Tutaj zasadza się główny problem "Player One". O ile intensywne sekwencje akcji trudno uznać za niesatysfakcjonujące, o tyle fabularna otoczka, która spaja film, pozostawia wiele do życzenia. Spielberg postawił bowiem na swój wyprany "the best of" - garść zabiegów reżyserskich, które sprawdzały się czterdzieści lat temu, ale po "Mad Maxie: Na drodze gniewu" i "Avengersach" zakrawają o banał. Wyjaśniająca narracja z off’u, toporna ekspozycja, naiwny wątek miłosny i oczywisty czarny charakter to tylko niektóre z uproszczeń, od których w filmie aż się roi. Być może gdyby za sterami "Player One" stanął młodszy twórca z wyraźną autorską wizją otrzymalibyśmy arcydzieło. Tak mamy porządną porcję zabawy, lecz bez szczypty potrzebnego tu wariactwa.

"Player One" nie zrewolucjonizuje kina rozrywkowego choćby w minimalnym stopniu tak, jak zrobiły to kiedyś "Szczęki" czy "Park Jurajski". Spielbergowi ewidentnie brakuje już siły potrzebnej do tworzenia dzieł, o których pamięta się i rozmawia latami. Mimo to nie życzę mu wczesnej emerytury - zdobywca trzech Oscarów wciąż ma w sobie wystarczająco dużo energii, by obdzielić nią przynajmniej kilku kolegów. I nawet jeśli artystycznie powiedział już wszystko, a jego zdolności reżyserskie opierają się od dekad na tych samych środkach, nie sposób odmówić mu jednego - wyczuwa nastroje i upodobania widowni, jak żaden inny amerykański twórca. "Playerem One" autor "E.T." z pewnością nie mówi jeszcze ostatniego słowa...

7/10

"Player One" (Ready Player One), reż. Steven Spielberg, USA 2018, dystrybutor: Warner Bros., premiera kinowa: 6 kwietnia 2018 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Player One

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje