"Moje wakacje z Rudym" [recenzja]: Pewnego razu w australijskim outbacku

Kadr z filmu "Moje wakacje z Rudym" /materiały dystrybutora

Kriv Stenders ponownie zaprasza do australijskiego outbacku - czerwonego wnętrza kontynentu. Tym razem tworzy mieszankę idealną - kina familijnego, komedii o dojrzewaniu do krzty wypełnionej wszystkim, co z Australią się kojarzy.

Reklama

"Moje wakacje z Rudym" są prequelem jednego z największych przebojów australijskiego kina XXI wieku. "Przygody Rudego" były wzruszającą opowieścią opartą na książce Louis de Bernières, a przede wszystkim na legendzie, którą w Australii zna każde dziecko.

Historia czerwonego psa pasterskiego sięga lat 60. i 70. XX wieku. Pewnego razu pojawił się w górniczym miasteczku Dampier i szybko stał się częścią małej społeczności. Nie należał do nikogo do czasu, aż nie pojawił się w okolicy John. Gdy młody mężczyzna ginie, pies przemierza ponoć północno-zachodnią część Australii w jego poszukiwaniu. Niektórzy twierdzą, że trafił nawet do Japonii. Na koniec wrócił do Dampier i zdechł na grobie właściciela. W miasteczku do dzisiaj stoi pomnik psa.

Reklama

W 2012 roku Stenders, znany z uroczej komedii (również eksplorującej australijski outback) "Lucky Country", zekranizował legendę o czerwonym psie. Po kilku latach powraca z jej prequelem, który zdążył już objeździć trochę festiwali od Berlinale po Sundance. Prequelem chyba nawet bardziej udanym niż część pierwsza.

Poznajemy tym razem początki legendy czerwonego psa, gdy jako szczeniak zostaje uratowany od utonięcia przez Micka, spędzającego wakacje u dziadka w outbacku. Są pierwsze miłości, tarcia z dziadkiem, niedostępna matka, dojrzewanie do odpowiedzialności i bycia częścią małej społeczności. Film niezwykle ciepły, sentymentalny, z dobrym tempem. Rozbawiający w odpowiednich momentach i w równie dobrych momentach wzruszający.

Przede wszystkim jednak "Moje wakacje z Rudym" to Australia z jej outbackiem i małymi społeczności zagubionymi gdzieś pośrodku czerwonego pyłu, żyjącymi z ciężkiej pracy, kierującymi się twardymi zasadami i złożonymi z wielu interesujących osobowości. Tym razem Stenders tworzy esencję z esencji, jak Buz Luhrmann w "Australii".

Większość skojarzeń związanych z Australią wiąże się z outbackiem - pojęciem, dosłownie oznaczającym coś odległego, leżącego poza cywilizacją. W praktyce jest to podstawowy fundament narodowej tożsamości. Interior Australii ma status mityczny na kontynencie, gdzie niewielu tak naprawdę outback odwiedziło, a jeszcze mniej tam zamieszkuje (90 procent ludzi mieszka w kilku największych miastach). Outback jednak to symbol Australii, jej główny towar eksportowy wykorzystywany w wielu reklamach. Symbol naznaczony nostalgią za dawnym życiem, za przestrzenią, za naturą, spokojem, izolacją, ale i wolnością.

Stenders jest tego świadomy i wraz operatorem Goeffrey’em Hallem tworzy obraz outbacku taki, jaki chcemy zobaczyć. A przede wszystkim, jaki w głowie ma australijski odbiorca. Na koniec dokłada jeszcze legendę australijskiego kina, Bryana Browna w roli dziadka (vide "Pieśń Jimmiego Blacksmitha" czy "Sprawa Moranta" z końca lat 70.) i mamy australijski do krzty hit. I to na dodatek "bloody beaut, mate". 

8/10

"Moje wakacje z Rudym" (Red dog: True Blue), reż. Kriv Stenders, Australia 201, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 11 sierpnia 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Moje wakacje z Rudym

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje