"Mission: Impossible - Rogue Nation" [recenzja]: Uff, jak (nie)gorąco!

Przed twórcami "Mission: Impossible - Rogue Nation" stanęło trudne zadanie dorównania świetnemu "Ghost Protocol". Na korzyść dla "piątki" za kamerą stanął doświadczony w gatunku filmów dla dużych chłopców Christopher McQuarrie. Nie tylko utrzymał poziom "czwórki", ale też wprowadził do serii autorski sznyt.

Tom Cruise w filmie "Mission: Impossible - Rogue Nation"

Pewnie nie tylko mnie, w trakcie seansów poszczególnych części "Mission: Impossible", przychodzi do głowy postanowienie, że gdy dorosnę, zostanę superszpiegiem. Nieważne, czy lat mamy 12, 15, 30 czy 54, Tom Cruise i spółka za każdym razem budzą w nas dziecko, któremu wydaje się, że świat wciąż czeka na zdobycie. No i że nie ma rzeczy niemożliwych.

Reklama

Wracające co kilka lat na kinowe ekrany odsłony franczyzy podtrzymują to marzenie, w czym pomaga fantastyczna machina marketingowa. Jak choćby robiący furorę w internecie filmik z kręcenia prologu "Rogue Nation", w którym Cruise bez pomocy kaskaderów przebiega przez płat startującego do lotu samolotu. Komunikat jest jasny: skoro aktor skończył już pół wieku, a wciąż czuje się na tyle młody, by obejść się bez pomocy efektów specjalnych czy dublerów, to dlaczego ty, drogi widzu, miałbyś czuć się za stary na filmy z nim?

Zresztą, nawet jeśli Tom Cruise zdążył się już komuś przejeść, na film może postawić... Twórcy postarali się, by odświeżyć epizod o nową twarz - Rebeccę Ferguson, znaną z "Wallandera" i "Herculesa" szwedzką aktorkę, która wciela się w rolę Ilsy Faust.


Jak na tę serię przystało, bohaterka ma wyjątkowo ubogi portret psychologiczny i wyjątkowo skomplikowaną przynależność. Raz serwuje Ethanowi Huntowi mordobicie, za chwilę ocala życie, innym razem - patrzy maślanym wzrokiem z wymierzoną w niego bronią. Tej kobiecie nigdy nie można wierzyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Ferguson dotrzymuje kroku Cruise’owi i w scenach walk, i w scenach operacyjnych. Niedookreślona przynależność jej bohaterki gwarantuje zaś, że zaskoczy nas nie jedna scenariuszowa wolta z jej udziałem.


To kolejny powód, dla którego zaproszenie do zabawy w tej filmowej piaskownicy nie może zostać odrzucone. I nie pożałuje ten, kto je przyjmie. W "Rogue Nation", w odróżnieniu od "Ghost Protocol", czeka nas, co prawda, zmiana tonacji. Zamiast bombastyczności i spektakularności, tym razem postawiono na sceny kameralne. W wyniku tej decyzji "piątka" nie obfituje może w momenty tak wiekopomne, jak wspinaczka po Burdż Chalifa w "czwórce", za to zyskuje humor i dystans.

Jeśli poprzednie części za nic miały prawa fizyki i logiki, to najnowsza odsłona na dodatek nie próbuje także udawać, że akcja dzieje się na poważnie. Agent Hunt ma za zadanie - a jakże! - ocalić glob przed terrorystami i innymi szaleńcami. I chociaż można by się pokusić o przypisanie filmowi funkcji kompensacyjnej, to jednak aktorzy chcą od niej odejść jak najdalej, w stronę wyłącznie rozrywki. Raz po raz wymieniają uśmiechy, drwią sobie z sytuacji, a zagrożenie życia traktują z taką powagą, jak my, zwykli śmiertelnicy, atak muchy. Nie dostajemy tu więc typowego dla opowieści o superherosach poklepywania po plecach. Żadnego zapewniania, że będzie dobrze. Jedynie zabawa.

Dzięki temu zmurszały już, skądinąd, gatunek filmów o Impossible Mission Force zyskał szansę zaciągnięcia się powiewem świeżości. Sztachnięcie się jest na tyle silne, że efekt błogości można odczuwać bez przerwy, przez dwie godziny projekcji. A także, paradoksalnie, efekt prawdziwości: teraz przynajmniej wiemy, dlaczego w filmach z franczyzy Tom Cruise nigdy się nie poci. W poprzednich częściach próbował nas nabrać, że w filmowym uniwersum jest naprawdę gorąco. Tym razem sobie odpuścił. Z korzyścią dla siebie i dla nas.

7/10

"Mission: Impossible - Rogue Nation", reż. Christopher McQuarri, USA 2015, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 7 sierpnia 2015 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Mission: Impossible. Rogue Nation

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje