"Listy do M. 3" [recenzja]: Brak pomysłu na święta

Piotr Adamczyk i Agnieszka Dygant w "Listach do M. 3" /Marcin Makowski /materiały dystrybutora

Pierwsza część „Listów do M.” w reżyserii Mitji Okorna, odczytywana jako nasza odpowiedź na brytyjskie „To właśnie miłość”, w 2011 roku podbiła serca polskiej widowni. Nic dziwnego, że w 2015 roku doczekaliśmy się jej kontynuacji zrealizowanej przez Macieja Dejczera, a po jej dobrym przyjęciu - trzeciej części. Tym razem za kamerą stanął Tomasz Konecki, najbardziej znany ze swojej reżysersko-scenopisarskiej współpracy z Andrzejem Saramanowiczem. Niestety, po seansie „Listów do M. 3” wydaje się, że przegrał on na wielu frontach.

Reklama

Trzecia część „Listów do M.” kontynuuje losy niektórych bohaterów z poprzednich odsłon, a w miejsce nieobecnych przedstawia nowych. Tak oto jest Wigilia, a Melchior (Tomasz Karolak), twarz serii i Święty Mikołaj od siedmiu boleści, niechętnie wyrusza z synkiem w poszukiwaniu swojego ojca; Karina (Agnieszka Dygant) i Szczepan (Piotr Adamczyk) nadal przyzwyczajają się do roli dziadków; Wojciech (Wojciech Malajkat) wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią żony; policjant Gibon (Borys Szyc) zamierza wyjawić swe uczucia radiowej prezenterce Karolinie (Magdalena Różczka); w końcu weterynarz-idealista Rafał (Filip Pławiak) poznaje w metrze tkwiącą w nieszczęśliwym związku Zuzę (Katarzyna Zawadzka).

Postaci sporo, a i tak wymieniłem tylko głównych bohaterów. Niestety, żonglerka wątkami zupełnie nie wychodzi. Niektóre postaci znikają z ekranu na długi czas, przez co ich historie tracą narracyjne tempo. Inne ciągną się w nieskończoność, chociaż nie ma miejsca nic, co posuwa wątek chociaż odrobinę do przodu, lub – i tutaj największy ból – bawi. Najlepszym przykładem są Karina i Szczepan, których scenki szybko ograniczają się do irytujących kłótni, przerysowanych zmian tonacji głosu i robienia głupich min.

Reklama

Szybko okazuje się, że twórcy nie mieli pomysłów na większość fabuły. W rezultacie część bohaterów nie przechodzi żadnej przemiany, a rozwiązanie ich historii jest niewiarygodne, natomiast ich przemiana zbyt życzeniowa – nawet w kontekście filmu świątecznego. Najgorzej wypadają nowi bohaterowie. Rafał i Zuza albo wymieniają niezdarne równoważniki zdań, ewentualnie wpatrują się w siebie. Między grającymi ich Pławiakiem i Zawadzką nie ma za grosz chemii, więc całość w najbardziej znośnych momentach jest niezręczna, w najmniej - niepokojąca. Równie nieprzekonująca jest historia Karoliny i Gibona. Chyba sami twórcy zdają sobie z tego sprawę, bo w drugiej części filmu niemal zupełnie znikają oni z ekranu. Jedynym trochę bardziej dopracowanym wątkiem wydaje się podróż Melchiora. Niestety, tutaj problem stanowi Karolak po raz kolejny grający tę samą postać. Na szczęście odrobinę równoważy go Andrzej Grabowski w roli jego ojca.

Trudno oczekiwać od komedii romantycznej - tym bardziej tej, której akcja ma miejsce w Wigilię - skomplikowanych portretów psychologicznych i stuprocentowej wiarygodności. Należy się jednak spodziewać dobrego humoru, kilku wzruszeń i serca - a tego tutaj zabrakło. I ani gromada znanych aktorów w obsadzie, ani równie znane piosenki na ścieżce dźwiękowej za te absencje nie zadośćuczynią.

2/10

"Listy do M. 3", reż. Tomasz Konecki, Polska 2017, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa 10 listopada 2017 roku.


Dowiedz się więcej na temat: Listy do M. 3

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje