"Legion samobójców" [recenzja]: Zła familia

Jest bardzo źle. Tak naprawdę po tym krótkim zdaniu można byłoby zamilknąć i nie napisać już nic na temat "Legionu samobójców".

Tytułowy "Legion samobójców"

To jeden z najgorszych filmów o superbohaterach w historii kinematografii. Ewidentnie postacie spod znaku DC Comics nie wytrzymują próby czasu. Choć pewnie uczciwiej byłoby powiedzieć, że twórcy ostatnich filmów o Supermanie, czy duecie Batman-Superman po prostu nie dorastają do pięt artystom ze stajni Marvela. "Legion samobójców" nie ma niestety nic wspólnego z wybitną trylogią o człowieku-nietoperzu w reżyserii Christophera Nolana. To gorzka porażka w komiksowym świecie.

Recepta jest bardzo prosta. W tej narracji bohaterami mają być złoczyńcy. Superman nie żyje, Batman gdzieś tam błądzi w odmętach nocy... Urzędniczka państwowa - żelazna dama bezpieczeństwa Gotham - pani Amanda Waller (Viola Davies) postanawia przekonać władze, że aby zachować porządek i, co ważne, przeciwstawić się terroryzmowi, trzeba wykorzystać potencjał, który drzemie w jednym z najstraszniejszych więzień w historii. Wystarczy wyciągnąć szumowiny o nadprzyrodzonych zdolnościach i zmontować z nich drużynę marzeń. Taki jest punkt wyjścia. Potem drużyna walczy ze złem - w międzyczasie ratuje świat, a ci najgorsi okazują się mieć gołębie serca.

Reklama

Wśród złoczyńców mamy aż osiem charakterów. Liczy się tylko dwójka: Deadshot (Will Smith) i Harley Quinn (Margot Robbie). Reszta, m.in. człowiek-krokodyl, mężczyzna-bumerang, japońska wojowniczka, czy El Diablo - to postacie, które służą raczej jako rekwizyty. Bardzo niewiele o nich wiadomo, w związku z czym mają niewielkie znaczenie. Oprócz oczywiście tego, że podobnie jak Deadshot i Harley chcieliby żyć "normalnie". I to jest chyba największy problem z filmem Ayera.

Zły charakter w "Legionie..." to czarownica Enchantress (Cara Delevingne), którą przez przypadek uwolniła piękna pani archeolog. Mroczny duch próbuje zawładnąć światem. Tworzy dziwaczną armię - przemienia ludzi w stwory przypominające zły sen reżysera filmów klasy B. Przy okazji ożywia swojego brata, który pomaga jej niszczyć miasto. Ona też miała być jedną z wojowniczek ku czci ludzkości, pod wodzą Amandy, ale przechytrzyła ludzi. Ten poziom żałosnego wynikania jest znakiem rozpoznawczym "Legionu...". Nie ma rzeczy tak absurdalnej, której nie dałoby się w tym filmie umieścić. Do tego stopnia, że oczywiście w czarownicy podkochuje się dowódca legionu, Rick Flag (Joel Kinnaman) - nieustraszony, amerykański żołnierz. Brzmi kompletnie kuriozalnie i tak właśnie wygląda.

"Legion samobójców" to film, w którym sama ekspozycja bohaterów trwa prawie trzydzieści minut. Potem pojawia się fragment naiwnej misji i ostateczne starcie. Dramaturgia widowiska to coś, o czym twórcy tego filmu po prostu zapomnieli. Najgorsze jest to, że w tym całym rozgardiaszu giną postacie Harley Quinn i Jokera. Ta para ma służyć jako wizualizacja czegoś najbardziej ekstremalnego. Trudno jednak wyrokować, czy Jared Leto spełnia się jako Joker, ponieważ widać go na ekranie dosłownie kilka razy. Dzięki Margot Robbie Harley Quinn jest przynajmniej bohaterką z krwi i kości, ale jej relacja z "szaleńcem" to ciepła bułeczka z marmoladą. Nie ma w tym współuzależnienia i szpitala psychiatrycznego. W marzeniach wszystkich bohaterów pojawia się wizja spokojnego domku na przedmieściach i maleńkiej rodzinki.

Szkoda rozpisywać się na temat złych wyborów estetycznych, prób naśladowania trendów subkulturowych, koszmarnych dialogów i nieskoordynowanej - wydumanej historii. "Legion samobójców" to lekcja pokory i ostrzeżenie, że filmowe błyskotki bez zbudowania historii poszczególnych postaci stają się nie do zniesienia.  Lepiej zapomnieć, że "Legion samobójców" kiedykolwiek powstał.

2/10

"Legion samobójców" [Suicide Squad], reż. David Ayer, USA 2016, dystrybutor: Warner Bros, premiera kinowa: 5 sierpnia 2016

Dowiedz się więcej na temat: Legion samobójców

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje