​"Doktor Strange" [recenzja]: Kuglarstwo

Kolejny tytuł w kinowym serialu Marvela. Kolejna origin story, w której protagonista uczy się wykorzystywać swoje niezwykłe zdolności dla dobra wszechświata. Kolejny wykalkulowany, nudny produkt? Nie tym razem. A przynajmniej nie do końca. "Doktor Strange" Scotta Derricksona, mimo ewidentnej schematyczności, pozostaje filmem żywym, pełnym wyobraźni i po prostu fajnym.

Beneditct Cumberbatch jako Stephen Strange

Wcielający się w tytułowego bohatera Benedict Cumberbatch w nieco utemperowanej wersji powtarza swoją rolę z "Sherlocka". Podobnie do serialowego detektywa, chirurg Stephen Strange jest cynicznym geniuszem o przerośniętym ego, który żyje po to, aby imponować wiedzą i błyskotliwością. Okaleczony w wyniku wypadku samochodowego, szuka pomocy w klasztorze w Katmandu, gdzie odkrywa w sobie talent do magii i powołanie zbawcy ludzkości. Mimo nowej roli wciąż pozostaje kimś pomiędzy podstarzałym kujonem a wiecznym szołmenem. Facetem, którego niekoniecznie chciałoby się spotkać osobiście, ale na którego z przyjemnością patrzy się z neutralnej perspektywy kinowego fotela. 

Reklama

"Doktor Strange" jest taki sam jak jego bohater: napędza go chęć zaimponowania odbiorcy. Konwencja współczesnego fantasy daje twórcom duże pole do manewru. Akcja raz po raz przenosi się do innego malowniczego miejsca: zatłoczonej metropolii, starożytnego klasztoru lub ukrytego wymiaru, który istnieje poza czasem i rozumem. Stresujące operacje chirurgiczne przetykane są scenami, w których dusze operowanych prowadzą rozmowy lub staczają (nie)śmiertelne pojedynki.

Magia działa jak wyjątkowo silny halucynogen, pod jej wpływem ulice i drapacze chmur przesuwają się niczym elementy kostki Rubika, a ludzie zapadają się w pulsujące, fraktalne otchłanie. Owszem, takie wizje można było zobaczyć już gdzieś indziej, chociażby w "Incepcji", filmach wuxia czy teledyskach zespołów grających psychodelicznego rocka. W "Doktorze Strange'u" te wszystkie atrakcje zostają jednak skompilowane z rozmachem i w pomysłowy sposób.

Jednym z najbardziej imponujących efektów specjalnych jest tutaj humor - i to nie tylko ten generowany przez bon moty, które rzucają Cumberbatch i inni aktorzy, w tym Tilda Swinton, Chiwetel Ejiofor i Benedict Wong. Bez szkody dla napięcia, sceny akcji wypełnione są przeróżnymi gagami. Magia jest fotogeniczna, ale i absurdalna, szczególnie jeśli patrzy się na nią spojrzeniem racjonalisty. Sczepione w walce duchy przelatujące przez automat z batonikami mogą wywołać konsternację, tak samo jak lewitująca peleryna, która krępuje ludzkie ruchy ze złośliwością raczej nietypową dla rzeczy martwych. Nawet finałowa konfrontacja Strange'a z kosmicznym władcą ciemności przybiera formę komediowego skeczu. 

To wszystko - połączenie rozbuchanej fantazji z wyczuwalnym na prawie każdym kroku luzem - czyni "Doktora Strange'a" jednym z najlepszych filmów Marvela ostatnich lat. Dzieło Derricksona wyróżnia się szczególnie na tle "Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów", w którym chęć opowiedzenia o trykociarzach bardziej na serio poskutkowała tylko jałowym zadęciem. Zamiast niepotrzebnie się napinać, "Doktor Strange" czerpie siłę z pierwotnego komiksowego żywiołu: barwnego, bezpretensjonalnego kiczu.

7,5/10

"Doktor Strange" [Doctor Strange], reż. Scott Derrickson, USA 2016, dystrybutor: Disney, premiera kinowa: 26 października 2016

Dowiedz się więcej na temat: Doktor Strange

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje