Reklama

Reklama

Reklama

"Bodo" [recenzja]: Już taki jestem dobry drań

Tomasz Schuchardt w filmie "Bodo" / Akson Studio /materiały dystrybutora

Czy telewizja jest odważniejsza obyczajowo niż kino? Jest, ale nie w Polsce. U nas nie ma znaczenia, które medium rozprawia się z biografią libertyńskiego, jak na nadwiślańskie standardy, gwiazdora międzywojennych kabaretów i kina Eugeniusza Bodo. Efekt tak w przypadku serialu, jak i filmu jest konserwatywny w przesłaniu i zachowawczy w obrazie.

W przypadku filmu trudno w ogóle mówić o biografii. "Bodowi" daleko i do próby odwzorowania życia tytułowego aktora, i do wariacji na jego temat.

Gatunkowo najbliżej mu do przedziwnego musicalu, w którym zabrakło miejsca na scenariusz, a piosenki i numery taneczne za bardzo się w nim rozpanoszyły. Utwór pogania utwór, a między nimi jest miejsce na fabularną scenkę, w której zazwyczaj poznajemy kolejną kobietę, jaką bohater zaciąga do łóżka. Poza życiem seksualnym Bodo (oczywiście, wyłącznie w wydaniu hetero; twórcy nijak nie odnoszą się do kwestii jego biseksualizmu) reżysera interesują jeszcze dwie sprawy: relacja z matką i tragiczny finał życia w rosyjskim łagrze. 

Nie ma w tym wszystkim miejsca na subtelności, a przekaz jest jednoznaczny: Bodo wybitnym aktorem był, który może i trochę przesadzał z rozpustnością, ale matkę kochał, a na śmierć z rąk czerwonej zarazy nie zasłużył. Ot, takie wypracowanie nastolatka, który z wypiekami na twarzy próbuje zajrzeć międzywojennemu celebrycie do łóżka, ale boi się odsuwać za bardzo kołdrę, a ludzi dzieli na wyłącznie dobrych i złych.

Reklama

Reklama

Oczywiście, jak to w polskim kinie, Polacy krystaliczni nie są, ale serca mają dobre, za to Niemcy i Rosjanie nie dość, że zło z oczu im niemal wychodzi, to jeszcze nawet na sztuce nie znają się ani trochę. Naszym bohaterem, nawet kiedy śpiewa im piosenki w ich własnym języku, nie są w stanie zachwycić się tak, jak my, Polacy, którzy czar i talent Bodo czuliśmy, gdy tylko wstępował na scenę.

Co w nim takiego było, nie wie nikt, bo w tym biograficznym skrócie nie ma miejsca ani na portret psychologiczny bohatera, ani na analizę środowiska, w którym żył. Jego stan kawalerstwa i mieszkanie z matką wyjaśniają twórcy, a jakże, oczekiwaniem na prawdziwą miłość. O jego wyznaniu (po ojcu był kalwinistą) też się z filmu nie dowiemy, tak samo jak o niejasnym wypadku samochodowym z jego udziałem, w którym śmierć poniósł na miejscu aktor Witold Roland.

Oczywiście, to jedynie przykłady na to, jak skomplikowaną postacią był rzeczywisty Eugeniusz Bodo, postać tyleż uwielbiana, co kontrowersyjna. Jego biografia ma wiele niejasności, które w filmowej wersji mogły zostać uzupełnione pomysłowymi rozwiązaniami scenariuszowymi. Zamiast tego woleli twórcy odmalować aktorowi laurkę, przygotowaną na kształt pocztówki dźwiękowej. Piosenki z niej lecą może i ładne, ale grzeczne i poprawne. Bodo wybił się na zupełnie odwrotnych - w tym filmie dusiłby się na planie już pierwszego dnia.

4/10

"Bodo", reż Michał Kwieciński, Polska 2017, dystrybutor: Akson Dystrybucja, premiera kinowa: 3 marca 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Bodo (film)

Reklama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje