"Ani słowa więcej": W średnim wieku nie wypada? [recenzja]

"Ani słowa więcej" to ostatni film w aktorskim dorobku Jamesa Gandolfiniego.Zmarłemu w tym roku aktorowi partnerują: Julia Louis-Dreyfus, Toni Colette i Catherine Keener.

Reklama

" align="center" enlarge="0" />Na typowym amerykańskim przedmieściu, typowi amerykańcy obywatele pozwalają sobie przynajmniej raz w tygodniu na relaksacyjny masaż. Przyjemność, odpoczynek i odprężenie serwuje im uśmiechnięta Eva (Julia Louis-Dreyfus). Codziennie pakuje stół do masażu do bagażnika swojego samochodu i rusza do roboty. W trakcie pracy jest narażona na nieświeży oddech klientów, uporczywe gadanie, czy brak klasy i bezczelność. Wszystko znosi ze stoickim spokojem i uśmiechem na ustach. Jest rozwódką, matką samotnie wychowującą córkę i realistką. Nie szuka nikogo, kto zaburzyłby jej precyzyjnie wypracowany plan dnia.

Na jakimś nudnym, sąsiedzkim przyjęciu Eva poznaje Alberta (James Gandolfini). Na dokładkę nie gra słodkiej idiotki, admiratorki miłości od pierwszego wejrzenia. Para zaczyna się spotykać w sumie dla żartu. Albert pracuje w archiwum telewizyjnym, nie ma w sobie nic z playboya w średnim wieku, ale jego poczucie humoru to strzał w dziesiątkę. I tak powoli kwitnie nowa znajomość, która zaskakuje oboje partnerów. Zarówno Eva, jak i Albert mają nastoletnie córki. Równocześnie cierpią z powodu ich wyjazdu na studia. Jedno i drugie jest po rozwodzie, ale niestety tylko Eva ma ze swoim byłym poprawne relacje.

Reżyserka Nicole Holofcener kreuje świat Alberta i Evy wbrew oczekiwaniom malkontentów. W "Ani słowa więcej" nie ma wielkich dramatów, tragicznych decyzji i emocjonalności rodem z melodramatów i komedii romantycznych. Wręcz przeciwnie. Na relacje międzyludzkie ma wpływ przede wszystkim przypadek i doświadczenia z poprzednich związków podszyte strachem, że przecież w średnim wieku pewnych rzeczy już nie wypada.

Obok postaci Alberta i Evy pojawiają się inne pary, które walczą z kryzysami, próbują iść na kompromisy. Ich problemy wydają się być momentami absurdalne, ale najczęściej wynikają z wieloletnich przyzwyczajeń i uporu. Bynajmniej nie chodzi tylko i wyłącznie o małżeństwa i męsko-damskie relacje. Do rodzinnych scysji dochodzi miedzy rodzicami i dziećmi, przyjaciółkami od serca, bliskimi współpracownikami i byłymi partnerami sprzed lat. Te wieczne przepychanki oraz ironiczne pyskówki przy stole przypominają klimat z "40 lat minęło" Judda Apatowa. Równie absurdalnie bywa na pewno w domu przyjaciół Evy, Sarah i Willa (Toni Collette i Ben Falcone), którzy momentami balansują na granicy obłędu, próbując od miesięcy zwolnić swoją "niedokładną" gosposię.

"Ani słowa więcej" to również ostatni aktorski popis zmarłego niedawno Jamesa Gandolfiniego, który tym razem, wbrew dotychczasowemu emploi, wcielił się w rolę uroczego Alberta. Pewnie wypadałoby napisać o nim, że gra "olbrzyma o gołębim sercu", ale w filmie Holofcener metafory nie mają racji bytu. Albert i Eva tworzą parę doskonałą nie ze względu na romantyczne uniesienia, ale z powodu zabawnych wpadek, żartów, anegdot, które im towarzyszą. Jednocześnie stają się sobie bliscy, bo z dnia na dzień zostają sami w swoich jednorodzinnych domkach. Niby zdają sobie sprawę, że dzieci zawsze opuszczają ciepłe, rodzinne domostwa, ale i tak po cichu cierpią. Tak naprawdę marzą o spokoju i odrobinie zabawy . Raz na jakiś czas, sam na sam, bez pretensjonalnej byłej żony w tle.

8/10


---------------------------------------------------------------------------------------

"Ani słowa więcej" (Enough Said), reż. Nicole Holofcener, USA 2013, dystrybutor: Imperial - Cinepix, premiera kinowa: 29 listopada 2013

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Dowiedz się więcej na temat: \ Film

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje