"Amok" [recenzja]: Jak równy z równym

Katarzyna Adamik kina uczyła się nie w szkole filmowej, a na planie u matki, Agnieszki Holland. W "Amoku" można wiele elementów, które interesują Holland, odnaleźć, ale Adamik po raz kolejny udowadnia, że nie ogląda się na matkę, tylko tworzy własne, autorskie obrazy. Jeszcze niedoskonałe, ale już wyraziste i klimatyczne.

Zofia Wichłacz i Mateusz Kościukiewicz w filmie "Amok", fot. Witold Baczek

Tak jak Holland, Adamik interesują męskie społeczności. Tak było i w "Boisku bezdomnych", jej fabularnym debiucie, i w serialach, które reżyserowała, choćby w wyprodukowanej przez HBO "Watasze". W "Amoku" też sportretowani są mężczyźni - ścigający i ścigany. Dawno w kinie nie byli tak sobie równi.

Scenariusz inspirowany jest słynną sprawą Krystiana Bali, o której napisały nawet "New York Times" i "Guardian". Najpierw było brutalne morderstwo, potem grafomańska książka, w której pisarz, Bala właśnie, opisał ze szczegółami podobną zbrodnię. Zbieżność sędziom wydała się nieprzypadkowa. Pisarz został skazany na ćwierć wieku.

Reklama

Adamik nie zajmuje się jednak dochodzeniem, jak było naprawdę, ani rozstrzyganiem, czy sąd miał słuszność. Interesuje ją zupełnie co innego: zaciętość Bali (Mateusz Kościukiewicz, niczym Joker budzący grozę szelmowskim uśmiechem), by okryć się sławą, i zaciętość policjanta Sokolskiego (Łukasz Simlat, wreszcie w głównej roli), by doprowadzić do skazania pisarza. Jej bohaterowie są w swoich obsesjach równi. Nie cofną się przed niczym, by dopiąć swego. Ich pojedynek nie jest starciem zła i dobra, bo ten podział dawno już przestał obowiązywać. Szybko pryska też ułuda, że jeden z nich działa w imię litery prawa. Kodeksy w tym filmie obowiązują chyba tylko w szkole policyjnej, potrzebne do zaliczenia roku. W pracy są naginane i pomijane.

Pesymistyczna i gorzka wizja reżyserki zmusza do zastanowienia się nad tym, w jakim świecie żyjemy. Zadaje pytania o granice poświęcenia dla sławy, a jednocześnie wymierza kolejny, po Smarzowskim czy Vedze, policzek policji, w której skuteczność coraz słabiej wierzymy. Można byłoby się jednak tym filmem przejąć bardziej, gdyby doszło w nim do przełamanie nastroju. Tak się jednak nie dzieje: film od początku do końca skąpany jest w mroku i niewierze, zło czai się w nim w każdym kącie, przez co zbyt szybko do jego obecności nawykamy. Przestaje robić wrażenie.

Sprawny gatunkowo "Amok" ma więcej grzechów. Za bardzo przypomina klimatem przepełnione pesymizmem kryminały skandynawskie i amerykańskie, w których policjanci nie wierzyli w możliwość wyplenienia zła, uleczenia zainfekowanego nim świata. To także problem ikonografii, którą reżyserka za bardzo wystylizowała. Scena, w której Sokolski po libacji w samotności zostaje zbudzony telefonem z kluczową dla śledztwa informacją i wymiotuje pod siebie, jest tak bardzo niepolska, że wydaje się doklejona z innego filmu. A przecież podobny naturalizm oglądaliśmy i u Smarzowskiego, i u Vegi, dla których kraj, gdzie dzieje się akcja, był podstawą.

Adamik mówi w wywiadach, że zależało jej, żeby Wrocław nie wyglądał w jej filmie jak Wrocław, a czas, kiedy dzieje się akcja, nie był jasno dookreślony. Tym sposobem "Amok" dzieje się wszędzie, czyli nigdzie. Rzecz w tym, że od uniwersalności tej historii ciekawszy jest zdecydowanie jej lokalny kontekst, o czym przekonujemy się w kilku świetnych scenach. Choćby w tej, w której grupa policjantów dostaje za zadanie przeczytanie książki Bali. Dzielą się nią na kilka osób, a my, mimo komediowego potencjału, wiemy, że to niekoniecznie fabularny wymysł. Szkoda, że z wieloma innymi scenami jest już inaczej.

6/10

"Amok", reż. Katarzyna Adamik, Polska 2016, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 24 marca 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Amok 2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje