"AmbaSSada": Polski produkt narodowy [recenzja]

Juliusz Machulski ewidentnie oglądał "Bękarty wojny" Quentina Tarantino. Możliwe, że przy okazji zapoznał się z bogatą ofertą "nazi exploitation films", a na pewno odświeżył sobie "Kabaret" Boba Fosse'a. Z tych dość przewidywalnych filmowych inspiracji stworzył produkt stricte polski, czy też może "przeznaczony na polski rynek" - "AmbaSSadę". Efekt końcowy przeraża. Naprawdę nie wiadomo, czy już pakować walizki i w którą stronę uciekać.

Reklama

Zaczyna się, jak to ostatnio w polskiej komedii bywa, banalnie. Mela (Magdalena Grąziowska) i Przemek (Bartosz Porczyk) przybywają z prowincji do Warszawy. Będą mieszkać w cudnym apartamencie wuja na ulicy Pięknej. Przemek jest historykiem, ma nadzieję, że czym prędzej uda mu się skończyć książkę o II wojnie światowej, Hitlerze i III Rzeszy. Melania to niespełniona aktorka, tęskni za wielkim miastem, ma ochotę na zabawę i odnowienie znajomości z okresu studiów w szkole teatralnej. W duecie ta dwójka młodych aktorów jest w stanie uśpić nawet najwytrwalszych śmiałków. Naprawdę nie ma przesady w stwierdzeniu, że jest to najkoszmarniejsza para w polskim kinie ostatniego roku. Fakt, że dialogi, które są "zmuszeni podawać" widzom, również do najlepszych nie należą. Podobnie zresztą, jak żarty sytuacyjne - "dwóch ludzi z szafą", czy dialogi o "Krystynie" z pewnego teatru w stolicy, o której naprawdę wypada wiedzieć.

Jednocześnie co jakiś czas na ekranie pojawia się postać reżysera i scenarzysty - Juliusza Machulskiego. A to na jakimś bilbordzie, niby nad wejściem do redakcji "Gazety Wyborczej" na ulicy Czerskiej, która tak naprawdę redakcją nie jest, albo na drugim planie w drobnym epizodzie...

W tak nieudacznie wykreowanym świecie dość przeciętnego dowcipu pojawia się wątek nazistowsko-okupacyjno-fantastyczny. Podróże w czasie stają się nagle możliwe, dzięki czemu głupiutka Mela i jej neurotyczny narzeczony mogą ratować Polskę przed zgrozą historii. Trzeba przyznać, że w tym filmowym nieporozumieniu zaskakująco dobrze wypada Adam Darski (Nergal) w roli Ribbentropa. Trochę ciężej ogląda się Roberta Więckiewicza w roli Adolfa Hitlera, szczególnie że humor sytuacyjny wykreowany na potrzeby tej postaci to na przykład "żarty toaletowe". Na dokładkę oczywiście mamy żenujące efekty specjalne i mało zaskakujący finał, w którym patrioci zostają z patriotkami, a ci mniej oddani Ojczyźnie - z paniami obcego pochodzenia.

Gdyby w "AmbaSSadzie" chodziło tylko i wyłącznie o nieudolny humor, siermiężne dialogi i kiepskich aktorów, mielibyśmy do czynienia z nędzną podróbką zachodnich fascynacji. Niestety, w przypadku filmu Machulskiego jest jeszcze gorzej. Wizja świata bez "katastrofy" to postkolonialny, mocarstwowy sen o Polsce i niespełnionej narodowej potędze. Egzamin z patriotyzmu zaskakuje wszystkich bohaterów. Nie każdy jest w stanie zdać go z wynikiem pozytywnym. Ambitny historyk nie ma szans w tej rozgrywce, co też wiele mówi o jego roli we współczesnym społeczeństwie. Najbardziej oddana krajowi okazuje się być głupiutka Mela. Kobietka, trzpiotka, wariatka, która nie wie, kto dokonał mordu w Katyniu, ale walczy za Polskę jak lwica. I to ona, wraz ze swoim wymarzonym chłopcem z Podziemia, otrzyma nagrodę - zamieszka w Imperium.

W tej wymarzonej wizji historii niebyłej, gdzieś tam pod koniec pojawiają się również Żydzi. Prawdopodobnie mają być symbolem tradycyjnej, polskiej tolerancji i gościnności. Na Nalewkach w Warszawie chodzą sobie wyjęte z Cepelii postacie z pejsami, które oczywiście targują się przy sprzedaży swoich produktów i zawzięcie zawyżają ceny. Schizofreniczne widmo w filmie Machulskiego nie jest bynajmniej snem radykalnego prawicowca. Wręcz przeciwnie - to wizja "centrowa", aspirująca do marzenia ogółu; mająca jednoczyć tych pośrodku i tych z prawej. Ku czci polskiego mocarstwa i narodowej dumy. Tak, żeby przynajmniej na chwilę Polak poczuł się znowu wielki.

Z tego wynika, że komiczne zabawy z patetyczną historią Polski udają się tylko i wyłącznie warszawskiemu kabaretowi "Pożar w burdelu" (Maciej Łubieński, Michał Walczak). W dziewiątej odsłonie "burdelu artystycznego" pod tytułem "Gorączka powstańczej nocy" dzieje się to, o czym Juliusz Machulski pewnie kiedyś marzył. Widzowie umierają ze śmiechu. Niestety z kina wyjdą smutni, albo zniesmaczeni. Chyba, że zamiast "Ambasady" wybiorą "artystyczny burdel" z prawdziwego zdarzenia.

2,5/10

---------------------------------------------------------------------------------------

"AmbaSSada", reż. Juliusz Machulski, Polska 2013, dystrybutor: Next Film, premiera kinowa: 18 października 2013

---------------------------------------------------------------------------------------

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Dowiedz się więcej na temat: polski rynek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje