"21 x Nowy Jork" [recenzja]: Strumień

Widmowe światła, wielka ciemność i srebrny kształt: to kolejka metra sunie przez tunel. Początek dokumentu Piotra Stasika budzi dość oczywiste skojarzenia z "Wjazdem pociągu na stację w La Ciotat" braci Lumière. I tak jak w tamtym zabytku X muzy, maszyna jest tutaj nie tylko fotogenicznym obiektem, ale i metaforą samego filmu, wcieleniem energii, ruchu i postępu.

Kadr z filmu "21 x Nowy Jork"

Na tym nie kończą się związki z klasyką. "21 x Nowy Jork" nawiązuje do nurtu wielkomiejskich symfonii, który swój rozkwit przeżywał pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. W symfonii Stasika pierwsze skrzypce grają ludzie. To właśnie oni napędzają Wielkie Jabłko, zapełniają ulice i budynki, idą lub jadą na spotkanie kolejnych wydarzeń. Nie tworzą przy tym anonimowej masy, w której rozmywają się wszelkie indywidualne cechy. Kamera podchodzi do nich na tyle blisko, aby można było zobaczyć w poszczególnych postaciach żywe istoty, a nie statystyczne jednostki.

Reklama

Narrację o Nowym Jorku Stasik tworzy z monologów osób, które reprezentują wiele grup i podgrup społecznych. Są wśród nich zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Młodzież i starcy. Ludzie o różnych kolorach skóry. Szarzy obywatele indywidua, które z czystym sumieniem można określić mianem "dziwaków".

Nie dowiadujemy się wiele o ich biografiach, słuchamy za to ich urywanych wypowiedzi na uniwersalne i doczesne tematy, lekkich anegdot i ciężkich wyznań. Literacki charakter wielu z nich sugeruje scenariopisarską ingerencję, ale nie skutkuje to poczuciem fałszu - głosy są zróżnicowane, a treść pełna egzystencjalnego mięsa.

Naczelnym tematem jest tu miłość. Seks i związki w wielkim mieście. Jak echo powraca teza, że w Nowym Jorku erotyczne relacje pozostają skazane na nietrwałość, że są z reguły szybkie i niezdrowe jak żarcie z McDonalda. Powód? Powodów jest wiele, powodem jest cała współczesna kultura, która jednocześnie nakazuje ludziom usilnie szukać partnerów i czyni z ich patologicznych egoistów, niezdolnych do prawdziwych wyrzeczeń, traktujących innych jako dodatek do swojego życia.

Wraz z kolejnymi opowieściami film staje się coraz bardziej przygnębiający. W ich kontekście obrazy pulsującej metropolii zaczynają wydawać się być podszyte jakimś ciemnym zmęczeniem, stopniowo rozlewającą się pustką.

Słowa bohaterów odrywają się od ich ust i nakładają na sceny z metra. Wiszą w powietrzu, zupełnie jakby to przemawiało samo miasto. Akompaniuje im chłodny ambient, czasem dyskretny, a czasem natrętny. Kadry zmieniają się i zapętlają niczym mijane stacje.

Film Stasika jest formalnym popisem, w którym stricte dokumentalna obserwacja ustępuje miejsca audiowizualnej poezji. Używając przeróżnych środków, reżyser stara się jak najbardziej sugestywnie pokazać wzburzony strumień życia, który płynie przez betonowe koryto Nowego Jorku.

7,5/10

"21 x Nowy Jork", reż. Piotr Stasik, Polska 2016, dystrybutor: Against Gravity, premiera kinowa: 21 lipca 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: 21 x Nowy Jork

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje