Ucho Prezesa

Paweł Koślik: Lizanie szafy w "Uchu Prezesa"

Aktor, który zasłynął dzięki roli prezydenta w serialu „Ucho Prezesa”, uważa, że zadaniem satyryka jest śmianie się z tych, którzy są u steru.

Paweł Koślik

Zagrał w ponad 30 filmach i serialach. Dostaje zwykle role drugoplanowe i nie ma za złe reżyserom, że nie obsadzają go w głównych. Ale marzy, by zerwać z wizerunkiem miłego, łagodnego człowieka - jakim jest Adrian w "Uchu Prezesa" - i wcielić się w wariata, dziwaka albo okrutnika. Na razie, jak mówi, takie możliwości stwarza mu teatr.

Niektórzy twierdzą, że "Ucho Prezesa" to serial wręcz paradokumentalny...

Paweł Koślik: - Podobno rzeczywiście ludzie tak uważają. Do mnie raczej przemawia to, co napisał jeden z dziennikarzy: że "Ucho..." jest bardziej zabawne nie wtedy, kiedy relacjonuje to, co się naprawdę dzieje, ale gdy bawi się w "co by było, gdyby...". Wtedy jest pożywką dla wyobraźni - jakie są motywy działania postaci, z jakiego powodu ktoś nagle zachował się nietypowo. Osobiście bardzo mnie ciekawi, jacy są prywatnie ludzie z pierwszych stron gazet, chciałbym poznać ich motywacje, drobne słabości. W serialu widzimy, że ktoś wygłosił polityczną tyradę, bo akurat przed chwilą się potknął, pokłócił z żoną albo dostał gorzką herbatę...

Czy to w ogóle ma znaczenie, że polityk podejmuje niepopularną decyzję pod wpływem prywatnych przeżyć? A może to próba tłumaczenia kontrowersyjnych działań albo wręcz - jak mówią przeciwnicy "Ucha Prezesa" - ocieplania wizerunku ważnych polityków?

- Nie wiem, jaki był zamiar scenarzysty i reżysera. Nie mam na celu ocieplania niczyjego wizerunku - zresztą ludzie różnie to postrzegają w zależności od poglądów. Dostaję niezły tekst i wykonuję swoją robotę adekwatnie do zadania aktorskiego.

Wyśmiewanie się z polskiej polityki, i tak już groteskowej - czy to ma sens?

- Widzowie mówią, że ma. Kilka miesięcy temu czytałem w internecie komentarze na temat jednego z odcinków. Ktoś napisał, że to, co przedstawiamy, nie jest już śmieszne, tylko straszne. Wcześniej uważałem, że "Ucho..." to taka beztroska zabawa, ale w ostatnim okresie podpisałbym się pod tym postem. Ale śmiać się trzeba, trzeba znaleźć sobie wentyl. Poza tym moim zdaniem akurat w naszym serialu teksty są na przyzwoitym poziomie, nie kloacznym ani przaśnym.

Reklama

Śmiejecie się tylko z obozu rządowego?

- Swego czasu, kiedy u władzy była poprzednia ekipa, Robert Górski pisał serię prześmiewczych tekstów do skeczy o posiedzeniach rady ministrów. Teraz robi "Ucho Prezesa" o obecnym rządzie. Śmiejemy się więc z tych, którzy aktualnie są u steru - taka rola satyryka. Ludziom na świeczniku baczniej patrzymy na ręce. Ale warto zauważyć, że pod koniec pierwszego sezonu "Ucha..." dostało się też trochę opozycji, więc nie jesteśmy stronniczy. Traktujemy humor demokratycznie.

Adrian, Ambroży, Antoni... Sekretarka Prezesa pani Basia co chwilę zwraca się do bohatera, którego pan gra, innym imieniem. Jak brzmi naprawdę?

- Do tej pory nie wiem, jak zostało zapisane w scenariuszu. Chociaż w jednym z odcinków pani Basia zapytała go, jak ma na imię, i powiedział, że... Andrzej.

Dostąpi wreszcie zaszczytu wejścia do gabinetu prezesa?

- Pojęcia nie mam. Zobaczymy, jak będzie się rozwijała akcja w scenariuszu. I w rzeczywistości.

Uważnie się pan przygląda rzeczywistości, a konkretnie prezydentowi Dudzie, przygotowując się do roli?

- Niedawno powiedziałem gdzieś publicznie, że mamy z prezydentem pewne wspólne cechy. Wtedy jeden z internautów ofuknął mnie na moim fanpage’u, że powinienem się wstydzić takiego zarozumialstwa, bo gdzie mi do głowy państwa. W odpowiedzi napisałem, że bez względu na pełnione funkcje zawsze jesteśmy tylko ludźmi. Oczywiście, że próbuję wyłapać u pierwowzoru śmiesznostki i małostki, ale też widzę jego pozytywne cechy: uprzejmość, grzeczność, elegancję, to, że się nie narzuca...

To są właśnie te wspólne cechy?

- Mam nadzieję.

A wygląd?

- Nie widzę żadnego fizycznego podobieństwa między nami, chociaż ludzie zwraca ją mi na nie uwagę. Zacząłem nawet pilniej przypatrywać się sobie w lustrze.

No i?

- Czy ja wiem... Może pewna miękkość twarzy, łagodność.

Długo nagrywacie każdy odcinek?

- Przez jeden dzień. Niektórzy widzowie mają żal, że korytarz jest kręcony tylko z jednego ujęcia, że nie ma realizacyjnego rozmachu. Ale serial jest robiony bardzo sumiennie, z dbałością o detale. No i w "Uchu Prezesa" sporo pracy mają kaskaderzy!

Na przykład w jakich scenach?


- Choćby w tej, w której prezesa odwiedza Angela Merkel. W scenariuszu była bitwa między jedną z postaci polskiego parlamentu a ochroniarzem kanclerz. Podczas zdjęć na biurko pani Basi padała kaskaderka, która pod kostiumem na plecach miała ochronny pancerz. Stół był podcinany, sypały się drzazgi. Oglądaliśmy to potem w zwolnionym tempie i aż się dziwiliśmy, że nikomu nic się nie stało, bo wyglądało groźnie.

Dzięki roli Adriana zaczął pan być rozpoznawany.

- Początkowo się bałem, że będą mnie zaczepiać, żeby mi wygarnąć, ale spotykam się tylko z życzliwością. A łatwo mnie zagadnąć, bo nie mam samochodu, poruszam się pieszo, metrem i autobusem. Kiedyś szedłem chodnikiem, byłem zarośnięty, miałem okulary i myślałem, że nikt mnie nie rozpozna. Tymczasem ktoś z przejeżdżającego samochodu zaczął wołać: "Hej, Adrian, sie ma, dobra robota!". Raz zatrzymał mnie elegancki mężczyzna w średnim wieku, uścisnął mi rękę i bardzo poważnie powiedział, że jest wdzięczny za to, co robimy w "Uchu...". Przeszedł mnie dreszcz, bo zrozumiałem, że dla niektórych ten serial może oznaczać coś więcej niż tylko dobrą rozrywkę. Nikt się tego nie spodziewał, podobnie jak tego, że produkcja odniesie taki sukces. A tu tak za żarło...

W internecie nie zalewa pana hejt?

- Nie, zresztą uczę się dystansować od opinii w sieci. Kiedyś z naszym Kabaretem na Koniec Świata wystąpiliśmy w telewizji i śledziliśmy potem wpisy internautów. Okazało się, że jeden skecz wzbudził szczególne emocje: mniej więcej połowa nazywała nas "sprzedawczyka mi z PO", a druga "pisowskimi sługusami". Każdy zobaczył w tej scence co innego!

A dlaczego z kolegami z Teatru Dramatycznego nazwaliście swój zespół Kabaretem na Koniec Świata? Na wesoło łatwiej się pogodzić z katastrofą?

- Pewnie, że łatwiej, ale kabaret powstał w 2010 r., na który przypadał kolejny z regularnie zapowiadanych końców świata. Armagedon nie nastąpił, a kabaret przetrwał. Notabene nigdy nie widziałem siebie w kabarecie, marzyłem o rolach dramatycznych. Jednak nawet kiedy coś poważnie wygłaszałem, wszyscy i tak się śmiali. Potwornie mnie to irytowało, ale w końcu skapitulowałem. Któryś z wielkich ludzi teatru powiedział kiedyś, że każdy aktor musi stanąć przed lustrem, spojrzeć na siebie i zastanowić się, co może grać. Tak też zrobiłem.

I uznał pan wtedy: mogę grać prezydenta?

- Nie, lustro mi tego nie podpowiedziało. Teraz, żeby odczarować wizerunek, jaki stworzyłem w "Uchu Prezesa", chętnie zagrałbym czarny charakter, jakiegoś psychopatę...

Główną rolę?

- Parę głównych zagrałem - w teatrze. Ale wyzwaniem są też drugoplanowe i bliżej mi do nich. Aktor drugoplanowy może zresztą czasem "ukraść" film albo spektakl. W slangu nazywamy to "lizaniem szafy": z przodu ktoś sobie żyły wypruwa w monologu, a ty z tyłu robisz głupią minę i nikt już nie patrzy na niego - scena jest twoja. Jeszcze na studiach usłyszałem, że będę aktorem charakterystycznym. Wcale mnie to wtedy nie ucieszyło!

Dzisiaj myśli pan o sobie: aktor charakterystyczny?

- Częściej myślę: aktor.

Anna Bugajska

Dowiedz się więcej na temat: 'Ucho Prezesa'
Najlepsze tematy