Oscary 2017

"Moonlight" [recenzja]: Od chłopca do mężczyzny

To film, obok którego nie można przejść obojętnie. Niezależny "Moonlight", drugi projekt w reżyserskiej karierze Barry'ego Jenkinsa, zdobywa kolejne nagrody już od listopada 2016 roku. Zasłużenie?

Kadr z filmu "Moonlight"

Mimo afery z "białymi Oscarami" rok 2016 zapowiadał się bardzo dobrze dla kina afroamerykańskiego. Zaczęło się od sukcesu "Narodzin narodu" Nate'a Parkera na festiwalu w Sundance. Film ten stracił jednak swe szanse na najważniejsze nagrody, gdy przypomniano skandal obyczajowy dotyczący jego reżysera. Jego miejsce szybko zajął "Fences" Denzela Washingtona, który zagrał w nim także główną rolę. O przychylność krytyków starał się także obsadzony gwiazdami film "Ukryte działania", oparty na historii czarnoskórych kobiet pracujących dla NASA w czasach zimnej wojny. Niespodziewanie wszystkie te tytuły pokonał niezależny "Moonlight".

Reklama

Fabuła filmu skupia się na trzech epizodach z życia mieszkającego w biednej dzielnicy Miami Chirona i jego burzliwych relacjach z uzależnioną od cracku matką (Naomie Harris), handlarzem narkotyków i mentorem Juanem (Mahershala Ali) oraz najlepszym przyjacielem Kevinem. Droga "od chłopca do mężczyzny" w pierwszej chwili może przywoływać skojarzenia z "Boyhood" Richarda Linklatera. Na szczęście Jenkins okazuje się zdolnym i świadomym twórcą, a dzięki jego wrażliwości prosta historia zyskuje autorski sznyt. W rezultacie powstał film równie dobry, co dzieło Linklatera z 2014 roku, a zarazem skrajnie różny od niego.

Sceneria "Moonlight" - ubogie przedmieścia zamieszkane głównie przez reprezentantów mniejszości etnicznych - sugerowałaby raczej historię typową dla hood films w rodzaju "Chłopaków z sąsiedztwa" czy "Zagrożenia dla społeczeństwa", w których trup ścielił się gęsto, a przemoc stanowiła klucz do rozwiązania każdego problemu. Tymczasem Chiron jest jest postacią zupełnie nie pasującą do tego nurtu. Zamiast udowadniać swoją męskość, jak czynili to bohaterowie hood films, stara się on trzymać jak najdalej od kłopotów; jest chłopcem słabym i wrażliwym. Chociaż Jenkins miejscami pozwala sobie na obśmianie ikonografii typowej dla nurtu - na przykład złotej nakładki na zęby - służy ona głównie wskazaniu na mit męskości, z którym twórca nieustannie konfrontuje swojego protagonistę.

Reżyser nie oszczędza swojego bohatera. W każdym epizodzie poddaje go skrajnym uczuciom: odrzuceniu, odkrywaniu swej seksualności, tłumieniu gniewu lub swej wrażliwości. Zawarta w filmie emocjonalność na szczęście nie przekracza granic histerii. Zamiast tego udziela się ona widzowi tak bardzo, że drobne niedociągnięcia w scenariuszu stają się zupełnie nieważne. Sztuka ta nie udałaby się bez pomocy wspaniałej obsady. Chociaż zasłużone laury za swoje drugoplanowe kreacje zbierają Ali i Harris, największy ciężar spoczywał na barkach Alexa Hibberta, Ashtona Sandersa i Trevante'a Rhodesa - trzech aktorów wcielających się w Chirona w różnych etapach jego życia. Ich role idealnie się uzupełniają, jednocześnie uwiarygadniając drogę protagonisty i jego przemianę.

Czy "Moonlight" zasługuje na kolejne nagrody, które zdobywa niemalże bez przerwy od listopada 2016 roku? Według mnie, jak najbardziej. To poruszający i osobisty film, obok którego nie można przejść obojętnie. Jednocześnie idealnie wpisuje się w specyfikę amerykańskiej kinematografii roku 2016, w którym zawiodła ogromna większość wysokobudżetowych blockbusterów, a swą siłę pokazały skromniejsze obrazy ("Aż do piekła" i "Manchester by the Sea") oraz młodsi twórcy (m. in. Damian Chazelle swoim "La La Land"). Mam nadzieję, że 2017 rok przyniesie więcej takich niespodzianek.

8/10

"Moonlight", reż. Barry Jenkins, USA 2016, dystrybutor: Solopan, premiera kinowa: 17 lutego 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Moonlight
Najlepsze tematy