71. Festiwal Filmowy w Cannes

Cannes 2018: Nareszcie! Film na miarę Złotej Palmy

Na tegorocznej edycji Cannes najwięcej do powiedzenia o sytuacji politycznej Bliskiego Wschodu mają kobiety. To one za pomocą kamery walczą o zmianę rzeczywistości. Z różnym skutkiem. "Kafarnaum" Nadine Labaki to jeden z mocniejszych kandydatów do Złotej Palmy, który o kryzysie migracyjnym mówi więcej, niż filmy z pięciu ostatnich lat razem wzięte. To film o ludzkim odruchu.

Ekipa filmu Nadine Labaki "Kafarnaum" na festiwalu w Cannes

Libańska reżyserka Nadine Labaki w "Karmelu" i "Dokąd teraz?" dała się poznać jako naczelna portrecistka swojej ojczyzny, kraju rozpiętego między tradycją a nowoczesnością, w którym status kobiety jest równie skomplikowany jak relacje pomiędzy mieszkańcami - w połowie muzułmanami, w połowie katolikami. Jakby kraj miał mało własnych problemów, odbija się na nim sytuacja sąsiadów - wojna w Syrii napędza ruch uchodźców, a imigranci z Afryki, Azji Środkowej i Dalekiego Wschodu szukają w nim szansy na lepsze życie.

Tytułowe Kafarnaum to miasto słynące z cudów Jezusa. Oglądając ten film, też liczymy na cud. Wierzymy, że bohaterów da się uratować. Nabaki świetnie się z tymi oczekiwaniami rozprawia. Bohaterem jest Zain, nastoletni chłopiec, którego poznajemy, gdy wytacza proces rodzicom za to, że go poczęli. Jest przekonany, że dorośli, którzy pamiętają, w jakich warunkach przyszło im się wychowywać, nie powinni skazywać na powtórkę ich historii innych.

Reklama

Racji bohatera trudno nie zrozumieć, kiedy oglądamy jego codzienność: życie w brudzie i smrodzie, gdzie ludzkość dziczeje, odsłania swoje zwierzęce instynkty. Ale to nie jest film o tym, jak przechlapane mają ubodzy, których nie stać nawet na dowód osobisty. Bez niego nie mają wstępu do szpitala, nawet gdy ich życie jest zagrożone. To raczej film o ludzkim odruchu, o tym, jak w jednym człowieku budzi się potrzeba otoczenia ramieniem słabszego, pomoc temu, kto bez naszej ingerencji przepadnie.

Labaki obsadziła naturszczyków, którzy szczerością biją na głową profesjonalnych aktorów, których dotąd w konkursowych filmach oglądaliśmy. Ciałem Zaina obdarzył Zain Alrafeea, który ma w sobie wszystko, czego możemy zapragnąć u bohatera: szczenięcy urok, wrodzoną błyskotliwość, ostry język i nieprzystające do jego wieku problemy. Kiedy spotyka na swojej drodze etiopską imigrantkę z dzieckiem, zdradza się z kolei z zaradności, życzliwości i poczucia obowiązku. Labaki jest sprytna, wie, jak poprowadzić historię, żebyśmy poczuli z bohaterem więź, która w pewnym momencie stanie się niewygodna. Jak rozliczyć Zaina z tego, do czego się posunie?

To pytanie, które wczoraj powracało w Cannes także za sprawą dokumentu Kevina Macdonalda "Whitney", poświęconego zmarłej w 2012 roku piosenkarce. Ale to nie jest wycinek z encyklopedii, fakty i mity z życia wielkiej gwiazdy. Nagrodzonego Oscarem reżysera interesuje raczej jej wpływ na emancypację czarnych i kobiet. Dopiero dzięki temu dokumentowi uświadomiłem sobie, że scena z "Bodyguarda" Micka Jacksona, w której Whitney Houston i Kevin Costner padają sobie w ramiona i całują się, kiedy kamera krąży dookoła nich, jest wzorowana na "Casablance". Ale nie chodzi o nawiązanie, tylko o przełomowy krok: czarna bohaterka dostała prawo zachowywać się, całować się i ścigać miłość tak samo jak jej białe odpowiedniczki. To dziś klasyk czarnej Ameryki.

Na głęboko zarysowanym tle społecznym Macdonald nie traci jednak Whitney z oczu. Docieka, co naprawdę stało się, że jej życie zakończyło się przedwcześnie, i dochodzi do szokujących odkryć. Jego rozmówcy decydują się na wyznanie przed kamerą, że Houston była w dzieciństwie molestowana seksualnie, ale nie przez meżczyznę. Sprawczynią była jej kuzynka, młodsza siostra Dianne Warwick, zmarła w 2008 roku Dee Dee Warwick. Ale Macdonald jest zbyt świadomym twórcą, żeby zrobić ze swojej bohaterki ofiarę. Nie ucieka przed jej grzechami, ale i nie z ich pomocą próbuje utrzymać uwagę widza. Dojrzałe kino wrażliwego człowieka, które ma szansę stać się hitem na miarę "Amy" Asifa Kapadii.

Przebojem może stać się także "Dogman" Matteo Garrone. To najbardziej hipsterski film festiwalu, w którym zdjęcia, scenografia, kostiumy i dobór aktorów składają się na jeden z najbardziej plastycznych obrazów roku. Garrone w końcu przestał kombinować z fantazjami, jak w nieudanym "Pentameronie", i powrócił do włoskiej rzeczywistości, którą odpowiednio podrasował. Postaci - tak ludzie, jak i psy - w jego filmie są tak charakterystyczne, że będą wam się śniły po nocach, a ci, którzy potrafią docenić szczegół, zatrzęsą się ze złości, gdy odkryją, że nigdzie w Internecie nie można dostać ciuchów, jakie oglądamy na ekranie. W historii człowieka, który zarabia na życie opieką nad psami i handlem kokainą, można dopatrzyć się moralitetu o niewydolności prawa, odjechanej narkotycznej wizji rodem z filmów Danny’ego Boyle’a, jak i przygnębiającego dramatu o tym, że urodzenie determinuje to, jak spędzimy życie.

Artur Zaborski, Cannes

Najlepsze tematy