Reklama

"Tamara i mężczyźni": ROZMOWA Z REŻYSEREM

Zdaje się, że realizacja "Tamary i mężczyzn" była dla Pana pewnego rodzaju odskocznią. Film jest bardzo lekki w tonie.

Stephen Frears: - Tak, to było bardzo radosne doświadczenie. Podobało mi się to i świetnie się przy tym bawiłem. To było trochę jak wyjazd na wakacje - wydaje mi się, że dlatego, że jest tu wszystko, co lubię najbardziej. Myślę też, że film jest nawet bardziej żywy niż powieść graficzna, na podstawie której powstał.

Gemma Atherton naprawdę elektryzuje w Pana filmie. Jest zabawna, seksowna i bardzo interesująca. W Ameryce jest prawie nieznana, publiczność może ją kojarzyć jedynie z "Quantum of Solace".

Reklama

- Ja z kolei nigdy nie widziałem tego Bonda. Gemma jest cudowna. Dowcipna, bardzo utalentowana, miła. W Anglii jest już znana, jej karierę śledzi się od lat. To bardzo wrażliwa dziewczyna, która teraz pracuje głównie w teatrze.

Widz oglądający pański film nigdy nie jest do końca pewny, co się wydarzy, nie jest w stanie przewidzieć, co Tamara zrobi za chwilę. Pod koniec filmu ona sama przyznaje, że nie do końca rozumie, co robi i dlaczego tak się zachowuje.

- Tak, ale to całkiem znajome, nieprawdaż? W zasadzie wszyscy się tak zachowujemy. Wydaje się, że jesteśmy kompletnie bezradni wobec naszych charakterów. To chyba jest istota opowiadanej przeze mnie historii. Popełniasz jakiś błąd, a potem zachodzisz w głowę, jak to się znowu stało.

Tamara nie wie również jak robić użytek ze swojej całkiem nowej urody.

- To prawda. To dlatego, że tej urody nie dostała od Boga.

"Tamara i mężczyźni" to także film o klasie średniej. To chyba dość niezwykłe w angielskiej kinematografii?

- Faktycznie, bardzo niezwykłe. Brytyjczycy nie robią filmów o klasie średniej. Być może dlatego, że tak w zasadzie wszyscy jesteśmy klasą średnią. Nie jesteśmy więc dla siebie samych wystarczająco ciekawi, egzotyczni. Ja również zawsze uważałem, że to inne środowiska, inne klasy są egzotyczne i ciekawsze.

Powiedział Pan, że nie byłby Pan w stanie zrobić tego filmu bez takiej obsady.

- Tak. Moi aktorzy dostarczyli mi tak wiele radości. Myślę, że cały zespół był po prostu niesamowity i nie mógłbym zrobić tego filmu z innymi ludźmi, z jakimiś sławnymi, utytułowanymi nazwiskami. Jeśli opierasz film i ekranowy sukces na znanych twarzach, to znaczy, że film nie jest tak dobry, jak być powinien. Tu byłoby to kompletnie niepotrzebne.

A co sprawiło, że zdecydował się Pan zrealizować film na podstawie powieści graficznej?

- Rozśmieszyła mnie historia. Wydała mi się bardzo, bardzo zabawna, seksowna i filmowa w bardzo nowoczesny sposób. Okazało się, że tworzenie filmu na podstawie komiksu jest niezwykle wyzwalające. Możesz zrobić tak naprawdę wszystko i ta wolność jest naprawdę cudowna. Zwykle komiksy opowiadają o superbohaterach i poruszają się w granicach schematów. Tu mamy do czynienia z inteligentną opowieścią o rzeczach, które są nam wszystkim bliskie. Nigdy nie robiłem czegoś podobnego, więc ten projekt zmusił mnie, abym ponownie przemyślał moje podejście do reżyserii.

Rozmawiał Lee Shoquist, Antzone.com

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Tamara i mężczyźni
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy