"Shortbus": ROZMOWA Z REŻYSEREM

Z Johnem Cameronem Mitchellem rozmawia Tony Rayns.

Wiem, że minęło już trochę czasu od nakręcenia filmu Shortbus, lecz mimo to zapytam: co było punktem wyjścia dla tego projektu?

Reklama

John Cameron Mitchell: - W czasie, w którym realizowałem film Hedwig and the Angry Inch (znany w Polsce jako Cal do szczęścia) z radością stwierdziłem, że reżyserzy ponownie zaczęli poszukiwać seksualnej szczerości, jak to miało już miejsce w latach 60' i 70'. Zarazem martwił mnie jednak fakt, iż większość nowych filmów to ponure i pozbawione humoru produkcje. Seks jawił się jako coś negatywnego i był postrzegany przez wszystkich podobnie jak kiedyś przez chrześcijańskich konserwatystów. Właściwie zjawisko to jest dla mnie zrozumiałe. Sam byłem wychowywany w surowym katolicko-wojskowym środowisku, gdzie seks był najbardziej przerażającą rzeczą, jaką w ogóle można sobie wyobrazić. A zarazem był też czymś fascynującym.

- Wpadłem na pomysł zrealizowania komedii w nowojorskim stylu, filmu ambitnego i bazującego na emocjach, który wyróżniałby się otwartym spojrzeniem na kwestię seksualności. Komedia miała prowokować do myślenia lecz równocześnie bawić widza. Nie chciałem skupiać się wyłącznie na erotyce, próbowałem raczej użyć języka seksu jako metafory dla innych aspektów życia bohaterów. - Zawsze postrzegałem seks jako coś w rodzaju zakończeń nerwowych, które przekazują szczegółowe informacje o życiu ludzi. Zawsze sądziłem, że jeśli widzisz dwóch nieznajomych, którzy właśnie uprawiają seks, to możesz domyślić się wielu rzeczy na ich temat - zaczynając od tego, jak wyglądało ich dzieciństwo, a kończąc na tym, co zjedli na śniadanie.

W tym samym czasie chciałem stworzyć film, w którym zarówno role, jak i scenariusz byłyby rozwijane w oparciu o grupowe improwizacje, inspirowane różnymi technikami Johna Cassavetesa, Roberta Altmana i Mike'a Leigha. (Co ciekawe, cała trójka wyraziła niechęć do pokazywania "prawdziwego" i "niesymulowanego" seksu w swoich filmach.)

- Wiedziałem też, że chciałbym pokazać kawałek nowoczesnego, multiseksualnego i undergroundowego salonu, inspirowanego paryskim salonem Gertrudy Stein oraz współczesnymi nowojorskimi salonami, pełnymi muzyki, literatury, sztuki i grupowego seksu.

- W 2003 roku, razem z producentem - Howardem Gertlerem i specjalistą od obsady - Susan Shopmaker, rozpoczęliśmy casting do "Shortbusa". Staraliśmy się unikać współpracy z agentami i sztucznymi gwiazdkami. Zamiast tego prosiliśmy o wywiady (nie mieliśmy pieniędzy na reklamy) w różnych, alternatywnych czasopismach i magazynach, które docierały zarówno do doświadczonych aktorów, jak i amatorów. Namawialiśmy wszystkich, by weszli na naszą stronę internetową, poczytali o naszym projekcie i wysłali swoje taśmy do przesłuchania. Sugerowałem, by nagrywali opowieści o doświadczeniach seksualnych, które mają dla nich duże znaczenie emocjonalne. Zachęcałem ludzi, żeby wrzucali na stronę internetową materiały, które pozwoliłyby nam lepiej ich poznać. W rezultacie ponad pół miliona osób odwiedziło naszą stronę, a prawie 500 wysłało taśmy (byli to głównie mieszkańcy Ameryki Północnej). Niektórzy z nich mówili do kamery, inni kręcili krótkie filmiki, a jeszcze inni śpiewali piosenki albo nagrywali swoje krzyki.

Na etapie przesłuchiwania wybraliśmy około 40 osób. Mieliśmy bardzo małe fundusze, które w dodatku szybko się rozeszły. Powiedzieliśmy wszystkim zaproszonym osobom, że przesłuchania wiążą się z improwizowaniem. Nie dotyczyło to jednak scen rozbieranych, ponieważ nie chciałem na wstępie wystraszyć aktorów. Zależało mi przede wszystkim na wartościowym przesłuchaniu, podczas którego aktorzy byliby twórczy. Chciałem też, by pomiędzy wszystkimi osobami wytworzyły się relacje bazujące na wzajemnym zaufaniu.

- Mniej więcej w tym samym czasie urządziłem imprezę pt. "Shortbus" (a było to jeszcze zanim wybraliśmy tytuł filmu). Starałem się stworzyć atmosferę, jaka towarzyszy licealnym wieczorkom tanecznym, zależało mi na tym, by uniknąć lansowania się - nieodłącznego elementu klubowych imprez. Bawiliśmy się przy wszystkich gatunkach muzycznych. Razem z przyjaciółmi wybrałem DJ-a lubiącego eklektyczne brzmienia. Zaprosiłem do imprezowego "Shortbusa" wszystkich czterdziestu finalistów. Graliśmy w butelkę z setką ludzi. Dzięki tej imprezie udało nam się przełamać pierwsze lody.

- Następnego dnia wszyscy skacowani aktorzy wspólnie oglądali nadesłane do przesłuchania taśmy. Niekiedy było to stresujące, ponieważ niektóre materiały były bardzo osobiste. To doświadczenie pozwoliło wszystkim zrozumieć, że wspólnie uczestniczymy w nowatorskim projekcie. Znaliśmy się dopiero od kilku dni, więc musiałem szybko sprawdzić, którzy aktorzy są atrakcyjni dla innych i które osoby mogłyby potencjalnie utworzyć pary w filmie. Mieliśmy sekretne głosowanie, w którym każdy musiał ocenić pozostałych aktorów w skali od jednego do czterech. Dzięki temu udało nam się uzyskać dodatkowe informacje na temat wzajemnego dopasowania odtwórców poszczególnych ról. Wszystko to było całkiem dziwne i zarazem zabawne.

- Uwieńczeniem wcześniejszych działań było stworzenie ogromnego wykresu, z którego jasno wynikało które osoby podobnie oceniły wzajemną atrakcyjność. Liczba kombinacji była imponująca, lecz dzięki tym działaniom udało nam się zaoszczędzić sporo czasu. Zestawiliśmy ze sobą ludzi, którzy po pierwszym spotkaniu ocenili się wzajemnie na "4", w ten sposób powstały najlepiej dopasowane pary.

- Szybko stało się jasne, które osoby zostały obdarzone aktorskim talentem. Szukaliśmy ludzi, którzy potrafią improwizować nie naruszając przy tym ścisłej struktury sceny opisanej w skrypcie. Nie miała to więc być czysta improwizacja, lecz rodzaj parafrazy. Naszym celem było znalezienie inteligentnych i charyzmatycznych ludzi, którzy wchodziliby ze sobą w ciekawe interakcje. Od razu wyeliminowaliśmy wszystkie gwiazdy ekranu, które nie spełniały tych warunków. W efekcie udało mi się wybrać najbardziej interesujących i najlepiej do siebie dopasowanych aktorów. Zaraz po tym wzięliśmy udział w warsztatach, podczas których staraliśmy się wspólnie zrozumieć motywacje poszczególnych postaci oraz całą historię "Shortbusa".

Co było inspiracją do stworzenia konkretnych postaci i zagadnień, które pojawiły się w filmie?

- Zanim rozpoczęliśmy nasze pięciotygodniowe warsztaty, zbieraliśmy pieniądze od przyjaciół (w tym również od muzyka i aktywisty - Moby'ego) na wynagrodzenie dla aktorów. Podnajęliśmy strych w Lower East Side i zaczęliśmy prowadzić proste gry sceniczne; oglądaliśmy filmy, graliśmy w whiffleball (podobny do baseballa tyle, że z plastikowymi kijkami i piłeczkami) oraz chodziliśmy na kręgle. Następnie przeszliśmy do bardziej skomplikowanych improwizacji i zaczęliśmy wykorzystywać interesujące postaci oraz wątki, które pojawiły się jeszcze podczas przesłuchań. Czytałem książki o tworzeniu scenariuszy przez Mike'a Leigha oraz Cassavetesa i wykorzystałem później kilka stosowanych przez nich metod. Opracowaliśmy motywacje poszczególnych postaci, zagłębiliśmy się też w ich sekrety oraz pragnienia. Zorganizowaliśmy fikcyjne "konferencje prasowe", podczas których aktorzy byli przesłuchiwani z wiedzy o granych przez siebie postaciach.

- Nagrywaliśmy wszystkie próby, dzięki czemu miałem mnóstwo materiałów po zakończeniu warsztatów. Wykorzystałem je później do napisania scenariusza. Można więc powiedzieć, że to aktorzy kreowali portrety psychologiczne postaci oraz ich zmagania. Wykorzystałem uzyskane dzięki nim informacje do rozwijania wątków i analizowania poszczególnych tematów przy tworzeniu właściwego scenariusza. W ten sposób powstała nasza struktura działania: przez pierwsze tygodnie skupialiśmy się na warsztatach aktorskich i próbach, kolejne miesiące poświęciłem na pracę nad skryptem, później znowu powróciliśmy do warsztatów, a następnie do pisania scenariusza. Pracowaliśmy w ten sposób przez 2 lata, aż w końcu uzyskaliśmy środki na realizację projektu. Do tego czasu udało mi się dopracować scenariusz, a pomiędzy aktorami i resztą ekipy wytworzyła się pozytywna więź, która wykluczała poczucie wzajemnego skrępowania.

- Podczas warsztatów zrobiliśmy kilka prób scen erotycznych, lecz nie było ich zbyt wiele. Niektórzy aktorzy od razu czuli się swobodnie, inni natomiast potrzebowali więcej czasu. Każdy z nich miał swoje własne potrzeby seksualne, więc ich zadaniem było odkrycie indywidualnej drogi do osiągnięcia orgazmu. Wielu aktorów chciało później zachować nagrania z tych prób. Moja strategia okazała się być bardzo skuteczna, o czym świadczy choćby fakt, że wszystkie orgazmy pokazane w filmie były prawdziwe. Mój kamerzysta - Frank DeMarco, nie zawsze uczestniczył w próbach, ponieważ chciał, aby aktorzy mogli poczuć się swobodniej. Wciąż powtarzałem aktorom: "nigdy nie poproszę was o zrobienie czegoś, czego byście nie chcieli, ale zawsze będę nalegał, żebyście nie przestali stawiać przed sobą nowych wyzwań". Nieustannie zachęcałem ich do odrzucania wszelkich niedomówień i wątpliwości zanim urosną do niebotycznych rozmiarów i faktycznie, udało nam się zdusić je wszystkie w zarodku. Było też mnóstwo dyskusji o bezpiecznym seksie. Nie powiem, podczas kręcenia niektórych scen zdarzały się nerwowe sytuacje. Generalnie jednak realizacja tego filmu dała niesamowitą satysfakcję zarówno aktorom, jak i członkom ekipy i do tej pory wszyscy pozostajemy przyjaciółmi.

Co zainspirowało Cię do stworzenia postaci Jamesa - bohatera będącego równocześnie filmowcem? Czy na konstrukcję jego postaci miały wpływ niektóre wątki autobiograficzne?

- Ten pomysł wyszedł częściowo od samego aktora, który dokumentował epizody ze swojego życia za pomocą zdjęć. Inspiracją do stworzenia tej postaci był także Jonathan Caouette - reżyser "Tarnation".

Jeśli chodzi o moją biografię, to mój ojciec był wojskowym dowódcą, który służył w amerykańskim sektorze Berlina Zachodniego tuż przed upadkiem muru, natomiast moja matka była szkocką artystką. Rodzice wychowywali mnie po katolicku, chodziłem nawet do szkoły dla chłopców z internatem, którą prowadzili benedyktyni. Można więc powiedzieć, że dorastałem w bardzo religijnym, wojskowym i artystycznym środowisku, w którym jednak dominował strach przed jakimikolwiek przejawami erotyki. A ja byłem gejem.

- Wszystkie doświadczenia z tego okresu zawarłem w moich filmach - "Hedwig and the Angry Inch" i "Shortbus". "Shortbus" niewątpliwie przekracza niektóre granice, będące swoistym tabu w Stanach Zjednoczonych. Ten film prowokuje do zadawania pytań: "Dlaczegóżby nie zacząć pokazywać seksu w amerykańskim filmach w sposób głęboki, a jednocześnie zabawny? Dlaczego nasza seksualność tak bardzo nas przeraża?". Oczywiście rozumiem, dlaczego ludzie boją się seksu w osobistym kontekście. Mój przyjaciel - Dan Savage, powiedział mi kiedyś interesującą rzecz: "seksu można się obawiać, lecz nie można go unikać". Sam również widzę, jak w mojej własnej kulturze strach przed seksem lub poważnym związkiem prowadzi do nieszczęść, niepotrzebnych konfliktów i przemocy. Widzę narastającą pruderyjność w amerykańskim kinie (tak samo zresztą jak w amerykańskim rządzie), na którą chciałbym zwrócić uwagę opinii publicznej.

Wykorzystane w filmie animacje są zupełnie inne od tych, które Emily Hubley stworzyła dla Hedwig and the Angry Inch. Doskonale oddają one specyfikę Nowego Jorku poprzez dokładne odwzorowanie geografii miasta.

- Postawiliśmy sobie za cel pokazanie przerwy w dostawie energii elektrycznej, lecz prawdziwe wygaszenie świateł w całym mieście nie wchodziło w grę z przyczyn finansowych. Moim pierwszym pomysłem było nakręcenie obrazu modelu miasta w odpowiedniej skali. Okazało się jednak, że to rozwiązanie jest również zbyt kosztowne. Postanowiłem więc zwrócić się o pomoc do Johna Baira - specjalisty od animacji, który był odpowiedzialny za efekty cyfrowe w Calu do szczęścia. Uważam, że znakomicie wykonał swoją pracę - jego animacje, zrealizowane z iście malarskim zmysłem, pretendują do miana prawdziwej sztuki. W istocie zeskanował on wiele swoich obrazów i wykorzystał je później na powierzchni 3D. Uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie również wykorzystanie animacji w innych scenach. Statua Wolności od początku przypadła nam do gustu - z tekstem: "jesteś czy nie jesteś moim dzieckiem?" wyśpiewanym przy odsłanianiu jej twarzy. Wielu z nas zadało jej później to samo pytanie.

Czy poza piosenką Anity O'Day pt. Is You Is...? wszystkie utwory wykorzystane w filmie są oryginalne?

- W filmie jest mnóstwo muzyki, którą dostarczali mi sami aktorzy lub ich przyjaciele. Jest w nim również wiele utworów od ludzi, których nie znam, np. piosenki zespołów Animal Collective i Azure Ray. Wykorzystaliśmy też kawałki Yo La Tengo. W filmie znalazło się 5 nowych utworów Scotta Matthew - to ten brodaty facet, który śpiewa w salonie. Scott napisał także ostatnią piosenkę - In the End, którą Louis Schwadron przekształcił w suitę, graną przez kwintet smyczkowy i orkiestrę marszową.

Co było prototypem salonu Shortbus?

Prototypami Shortbusa były salony nowojorskich domów, w których co tydzień dudniła muzyka, a sztuka, jedzenie i polityka wzajemnie się ze sobą mieszały. Jednym z bardziej wpływowych miejsc tego typu był Cinesalon, prowadzony przez naszego przyjaciela - Stephena Kenta Jusicka (grał on też panią domu, która zabawia gości w Sex Roomie). Stephen wyświetlał filmy na taśmie 16 mm, serwował wegetariańskie jedzenie, a późnym wieczorem zachęcał gości do uprawiania seksu grupowego. Zorganizował też kilka imprez pod hasłem Seks zamiast bomb, od których przejął swoją nazwę jeden z pokoi w filmie.

- Część scen nakręciliśmy w brooklińskim kolektywie quuerowych artystów - DUMBA. Nazwa salonu - Shortbus stanowi nawiązanie do tradycyjnych żółtych autobusów, które dowoziły uczniów do szkół. Większość "normalnych" dzieci wsiadała do długich, żółtych pojazdów, lecz pozostałe - niepełnosprawne, wyjątkowo utalentowane lub te, z zaburzeniami emocjonalnymi - dowożono do szkół krótkimi autobusami. Wiele osób, z którymi spędzałem czas utożsamiało się właśnie z uczniami z busików.

- Nowy Jork to prawdziwy efekt destylacji wszystkiego, co w Ameryce jest najlepsze (jak również niektórych najgorszych cech). Dla mnie jednak salon Shortbus uosabia jasną stronę metropolii. Nowy Jork zawsze był swoistym azylem dla ambitnych wyrzutków. Z czasem jednak miasto zaczęło stawać się coraz droższe, w rezultacie wielu tutejszych artystów oraz młodych ludzi nie stać już na utrzymanie. Jedynie kilku posiwiałych i coraz bardziej wyizolowanych nonkonformistów kurczowo trzyma się swoich małych, wynajmowanych mieszkań.

- Chciałem, by nasz salon stał się symbolem starego Nowego Jorku wraz z jego tradycjami i dawnymi wartościami, reprezentowanymi przez Walta Whitmana, Garcię Lorca i środowiska punk rockowe. Mam nadzieję, że będzie on zawsze miejscem zawierania ciekawych znajomości oraz dokonywania się przemian. Miejscem, w którym każdy - od nieśmiałego mola książkowego do wyzwolonego piosenkarza kabaretowego (a nawet byłego burmistrza) - będzie mógł wypowiedzieć swoje prawdziwe i wyimaginowane grzechy oraz odkupić winy, tworząc piękne rzeczy z przyjaciółmi i kochankami.

Co symbolizuje ejakulacja klienta Severin na ekspresjonistyczną abstrakcję zawieszoną na ścianie?

- Cóż, scena w której nasienie uderza w powierzchnię obrazu, a następnie stapia się z nią i znika, jest metaforą całego filmu. Widzowie twierdzą, że zupełnie zapomnieli o seksie aż do momentu zakończenia "Shortbusa". To była zaledwie chwila, krótkie pociągnięcie pędzla w życiu poszczególnych postaci.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Shortbus

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje