"Porachunki": SCORSESE, DE NIRO I FILMY O MAFII

"Porachunki" to wnikliwy i ciepły ukłon w stronę filmów o mafii, dobrze się więc złożyło, iż w ekipie znalazł się producent wykonawczy, który odcisnął niezwykłe piętno na tym gatunku. Laureat Nagród Akademii, Martin Scorsese, udzielił swojego autorytetu filmowi, wypełnionemu postaciami, które w sposób naturalny pasują do jego galerii śmiertelnie niebezpiecznych władców przestępczego świata i sympatycznych rzezimieszków.

Reklama

Wsparcie Scorsese było dla Bessona ogromnym źródłem satysfakcji. "Jestem wielkim, wielkim fanem Scorsese, Coppoli i wszystkich tych gości", mówi Besson. "Wychowałem się na Ojcu chrzestnym, Człowieku z blizną i Chłopcach z ferajny. Kiedy wpadliśmy na pomysł obsadzenia Roberta De Niro, postanowiliśmy zaprosić Martina Scorsese do współpracy, gdyż po części film jest ukłonem w jego stronę. Wspominamy o nim nawet w "Porachunkach". Wysłaliśmy mu scenariusz, przeczytał go i tak się przy tym śmiał, że powiedział: "Jestem z wami, jestem z wami, jestem z wami!" To było super, a jednocześnie bardzo naturalne. Praca z Martinem to dla mnie zaszczyt".

Luc Besson wspomina, jak po przeczytaniu "Porachunków" natychmiast wyobraził sobie legendarnego aktora Roberta De Niro w roli Giovanniego Manzoni (aka Freda Blake'a). Zanim jednak wspomniał o tym Benacquista, spytał pisarza, kto według niego powinien zagrać tę rolę. "Powiedział, iż od zawsze marzył, żeby wcielił się w nią De Niro", mówi Besson. "Znam Roberta od wielu lat, więc wysłaliśmy mu książkę, którą on uznał za niezwykle zabawną. Po przeczytaniu scenariusza, zgodził się zagrać w filmie".

Benacquista był podekscytowany na wieść, iż jego wymarzony aktor nie tylko przyjął rolę, lecz jest do niej wręcz entuzjastycznie nastawiony. "Kiedy siedzisz w swoim gabinecie i wyobrażasz sobie jakąś scenę, nie zakładasz z góry, że dana kwestia zostanie wypowiedziana przez aktora takiego kalibru", mówi. "Wiem, że bez udziału Luca, to marzenie nigdy stałoby się rzeczywistością".

De Niro mówi, iż w filmie urzekło go poczucie humoru oraz nietypowe spojrzenie. "To oryginalne podejście do gatunku gangsterskiego z nietuzinkową fabułą", przyznaje aktor. "Mój bohater był bossem w nowojorskim półświatku, lecz zdradził wszystkich swoich towarzyszy. Kiedy wraz z rodziną został objęty programem ochrony świadków, wysłano go do Francji, lecz gdziekolwiek się osiedlili, ziemia zaczynała im się palić pod nogami. Wreszcie trafili na zupełną prowincję, choć równie dobrze mógłby to być Mars. Sytuacja może się wydawać nieco surrealistyczna, lecz postać Freda jest bardzo autentyczna i swojska".

Zawsze wierny realiom do najmniejszego szczegółu, De Niro przestudiował życie w ramach Federalnego Programu Ochrony Świadków (WITSEC) przed rozpoczęciem zdjęć, żeby przekonać się, czy były mafioso ze Wschodniego Wybrzeża może trafić do małej wioski we Francji. "Dowiedziałem się, że taka sytuacja jest możliwa, zwłaszcza jeśli w grę wchodziłyby kwestie polityczne".

De Niro konsultował się także z ekspertem w dziedzinie realiów mafijnego stylu życia. "Kiedy zagłębiliśmy się w fabułę, miałem kilka drobnych wątpliwości odnośnie autentyczności świata Freda", mówi De Niro. "Tonino sam przyznał, że w kilku miejscach musiał zawierzyć własnej wyobraźni".

De Niro zadzwonił do znajomego pisarza i dziennikarza, specjalizującego się w artykułach na temat zorganizowanej przestępczości. Ten przez kilka godzin zdradzał De Niro i Bessonowi szczegóły, które wiernie oddawałyby realia poprzedniego życia Freda, co było niezwykle cennym źródłem informacji.

Punktem zwrotnym akcji jest moment, w którym Fred szokuje swoich opiekunów z FBI - a nawet siebie samego - pomysłem napisania wspomnień, opowiadających prawdziwą historię jego życia - książki, która miałaby katastrofalne skutki, gdyby kiedykolwiek została wydana. "Myślę, że z wiekiem, kiedy człowiek dochodzi do wniosku, iż czegoś dokonał, dobrego lub złego, chce opowiedzieć tę historię ze swojego punktu widzenia", mówi De Niro. "Taka jest motywacja Freda. Pragnie on przybliżyć swój sposób postrzegania świata i wyjaśnić, dlaczego postąpił tak a nie inaczej. W pewnym sensie szuka odkupienia. Chce udokumentować przebieg zdarzeń i uzasadnić swoje decyzje, żeby zyskać spokój umysłu".

Fred zaczyna też napomykać miejscowym, że pracuje nad książką o lądowaniu aliantów w Normandii w czasie drugiej wojny światowej. Jako amerykański pisarz, zostaje poproszony o prelekcję w lokalnym klubie filmowym, w którym akurat wyświetlają Chłopców z ferajny. To dyskretny ukłon Bessona w stronę De Niro oraz Scorsese i ich zaangażowania w "Porachunki". Entuzjastyczny odbiór filmu przez widownię skłania byłego gangstera do opowiedzenia kilku historii z własnego życia. "A on lubi być w centrum uwagi", mówi De Niro. "Wreszcie zostaje doceniony za wszystko, czego dokonał, nie przez ludzi z marginesu, lecz przez większą grupę odbiorców z 'legalnego' świata".

Na planie De Niro musiał się dostosować do charakterystycznego dla Bessona, błyskawicznego tempa pracy, co według aktora, dawało zastrzyk energii. "Luc pracuje bardzo szybko. Wszystko ma głowie, kiedy przychodzi na plan i staje za kamerą, więc w pełni panuje nad całością. Zupełnie jakby w myślach namalował już cały obraz. Bardzo mi się podoba jego sposób reżyserowania - nie traci czasu. To ważne dla elementu spontaniczności".

Reżyser przyznaje, iż był nieco onieśmielony perspektywą współpracy ze zdobywcą Oscara. "Obejrzałem Ulice nędzy i Taksówkarza, kiedy miałem piętnaście lat", mówi Besson. Z drugiej strony, musiałem zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Jaki jest sens obsadzenia De Niro, jeśli nie zrobi się z tego odpowiedniego użytku? Ciężko pracowaliśmy. Ciągle zadawał mi pytania, dzwonił do mnie, z czym zresztą nie miałem problemu. Niech mnie nawet budzi w środku nocy".

Mając w obsadzie tak kultową postać jak De Niro, obsadzenie reszty obsady było łatwe, ujawnia Besson-Silla. "Główną kandydatką Luca do roli Maggie była Michelle Pfeiffer. Szybko przyjęła rolę, gdyż opowieść jest wciągająca, podobnie jak perspektywa współpracy z Lukiem i Robertem".

Chociaż De Niro i Pfeiffer grali w filmach Gwiezdny pył oraz Sylwester w Nowym Jorku, nigdy nie pojawili się razem w żadnej scenie. Mimo to De Niro twierdzi, iż czuł się bardzo komfortowo, pracując na planie z aktorką. "Uznałem, że ten projekt będzie nam pasował", mówi aktor. "Ogromnie się cieszę, że Michelle znalazła czas i chciała zagrać w filmie".

Na spotkanie z Bessonem Pfeiffer przyszła pełna pomysłów na wzbogacenie i dopełnienie swojej postaci. "Michelle jest bardzo skupiona", mówi reżyser. "Obsadzenie jej u boku aktora kalibru Roberta De Niro sprawiło, że jedno wydobyło z drugiego to, co najlepsze. Nigdy wcześniej nie pracowali ze sobą, więc bardzo im zależało, żeby udowodnić sobie nawzajem, iż można na nich polegać. Dla mnie była to czysta przyjemność, gdyż obydwoje darzę ogromnym szacunkiem. Doskonale sprawdzają się w pracy zespołowej".

Pfeiffer przyznaje, że nie mogła się doczekać pracy na planie z De Niro i nie rozczarowała się. "Jest legendą", mówi. "Jest pewnie z piątka aktorów, którym przypisuję boski status i on się do nich zalicza. Jest bardzo skromny, spokojny i skłonny do współpracy, a także wielkoduszny. Doskonale się bawiłam na planie w towarzystwie jego i Luca Bessona".

Aktorka, która zagrała w mafijnej komedii Jonathana Demme'a z 1988 roku, Poślubiona mafii, przyznaje, iż ma słabość do ról żon gangsterów, lecz najbardziej pociągała ją dynamika rodziny Manzoni/Blake. "Poprowadzili mój ulubiony gatunek filmowy w zupełnie nowym kierunku. [w Porachunkach] najważniejsza jest wzajemna interakcja oraz funkcjonowanie w świecie zewnętrznym, co stanowi główne źródło humoru w filmie. Manzoni są swoimi najgorszymi wrogami i wręcz nie sposób ich chronić, gdyż nie potrafią się zachować. Sednem filmu jest więź rodzinna, która zawsze stanowi priorytet, niezależnie od okoliczności".

Według Pfeiffer, Maggie jest opoką Blake'a. "Ma gorący temperament, lecz zawsze spada na cztery łapy i stara się dostrzegać jasne strony każdej sytuacji, pragnąc dla swojej rodziny wszystkiego, co najlepsze. Pogodziła się ze swoim nowym stylem życia, lecz wciąż ma pewne wątpliwości i istnieją realne powody jej gniewu. Całe to doświadczenie jest dla niej upokarzające, zwłaszcza anty-amerykańskie nastawienie, z którym ciągle się we Francji spotyka. Stara się dopasować, zachowywać jak należy i szanować miejscową kulturę, lecz uważa, że jest traktowana niesprawiedliwie".

Michelle Pfeiffer odpowiadał napięty grafik zdjęciowy Bessona, chociaż czasem stanowił wyzwanie. "To mi się podobało", mówi Pfeiffer. "Ani na chwilę nie można stracić czujności. Jednocześnie, dzięki temu film ma bardzo dobrą energię. Luc bez przerwy główkuje, co ja osobiście uwielbiam. Jest otwarty na współpracę, lecz miałam świadomość, że moje pomysły muszą być przemyślane, ponieważ on nie ma czasu na dyskusje nad czymś, co jego zdaniem się nie sprawdzi".

Tommy Lee Jones i Luc Besson przyjaźnią się od lat. Współpracowali przy filmach Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady z 2005 roku oraz The Homesman, który dopiero będzie miał swoją premierę (w obydwu Tommy Lee Jones jest reżyserem, zaś Luc Besson producentem). "Nie zadzieraj z Tommym, bo cię zabije!", żartuje Besson. "Przygląda się wszystkiemu tymi swoimi wielkimi, przenikliwymi oczami, lecz jednocześnie uważnie cię słucha. Jeśli mówisz z sensem, a on cię rozumie, mówi 'tak, dobrze, nie ma sprawy'. Nie lubi tracić czasu; jest kompetentny, co ja doceniam i nigdy nie miałem z nim problemów. Wyprodukowałem dwa filmy, które reżyserował i wiem, że to błyskotliwy facet".

Jones mówi, iż przyjął rolę, gdyż wysoko ceni Bessona. Fakt, iż zdjęcia kręcono we Francji, też nie był bez znaczenia. "Wspaniale się bawiłem we Francji. Pracowałem w Normandii przy miksowaniu dźwięku do filmu, który reżyserowałem i byłem tam bardzo szczęśliwy. Poza tym, nigdy nie grałem u boku Boba De Niro i nie mogłem sobie tego odmówić. Podziwiam jego dorobek aktorski od samego początku. Cały ten proces był niezwykle emocjonujący. On zawsze jest dobrze przygotowany, ma oryginalne pomysły i nie skupia na sobie niepotrzebnej uwagi".

Jones twierdzi, że on i Besson mają podobne podejście do kręcenia filmów, co znacznie ułatwiło mu pracę na planie. "Jest bardzo sprawnym reżyserem. Niektórzy filmowcy i reżyserzy lubią ten rytuał mówienia 'Światła! Kamera! Akcja!'. To bywa rozpraszające. Luc nie zawraca sobie tym głowy. Mówi po prostu, 'Okej. Zaczynamy'. Doceniam takie podejście. Nie traci energii ani czasu. Rozpala się szybko i jasno, rzucając wiele naturalnego światła. Nie urządza wielkiego show z kręcenia filmu".

Aktora zachęcił też fakt, iż scenariusz rzucał nowe światło na dobrze znany gatunek filmowy. "Mafijna rodzina zostaje objęta programem ochrony świadków we Francji. Zarówno dramatyczne, jak i komediowe elementy rodzą się podczas ich prób dopasowania się do francuskiego społeczeństwa. Grana przeze mnie postać, Stansfield, jest agentem FBI, który ich monitoruje. W pewnym sensie jest ich nadzorcą, który próbuje pomóc im uniknąć zdemaskowania. Grałem już agentów, lecz zawsze staram się sprawić, żeby moja postać była unikalna. Zależy mi na tym, żeby każdy film był nowym wyzwaniem, nie chcę się ciągle powtarzać".

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Porachunki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje