"Pan Lazhar": WYWIAD Z REŻYSEREM

Jak doszło do realizacji "Pana Lazhara"?

Reklama

Ważną rzeczą przy realizacji filmu jest znalezienie odpowiednich ludzi i źródeł finansowania, ale daleko ważniejsze i - dla mnie - dużo trudniejsze jest znalezienie odpowiedniego tematu. Gdy chcę się zająć jakimś tematem, zawsze zadaję sobie trzy pytania: Czy jest on na tyle ważny, aby o nim mówić? Czy oprócz mnie może też zainteresować innych? I ostatnie: czy będę mógł z nim żyć przez kolejne trzy lub cztery lata - bo tyle zwykle trwa praca nad projektem: napisanie scenariusza, znalezienie ekipy, wyreżyserowanie filmu, zmontowanie go, etc. Jeśli chodzi o "Pana Lazhara"... Pewnego wieczoru wybrałem się do teatru. Nie miałem wtedy żadnych konkretnych planów, nie szukałem tematu, ale naprawdę poruszyła mnie sztuka Evelyne de la Cheneli?re. Poruszył mnie jej bohater. Pomyślałem, że to skomplikowana postać, na tyle złożona, że może stać się bohaterem filmu. Zawsze interesował mnie problem imigracji i chciałem wykorzystać go w filmie, niekoniecznie po to, żeby rozmawiać o imigrantach - choć kiedyś chciałbym to zrobić - ale żeby mówić o nas samych widzianych oczami imigranta. Akcja filmu rozgrywa się w kanadyjskiej szkole i mówi nam coś o tym, kim jesteśmy i gdzie jesteśmy, ale oczami kogoś, kto ma inne pochodzenie, inne zaplecze kulturowe.

"Pan Lazhar" powstał więc na podstawie sztuki z jednym bohaterem?

Tak.

Musiałeś zaadaptować ją na potrzeby kina?

Tak. Jeśli piszesz scenariusz od podstaw, to się wiąże z tworzeniem. W tej sztuce miałem mocnego głównego bohatera, a to wymagało tworzenia wokół niego. Tym, co podobało mi się w adaptacji tej konkretnej sztuki, był fakt, że jako scenarzysta miałem duże pole do popisu i mogłem wymyślać własne rzeczy. Film rządzi się innymi prawami niż teatr. Musiałem stworzyć pewne dramatyczne napięcie, aby utrzymać zainteresowanie publiczności. Na przykład, w sztuce nie ma chłopca występującego w filmie, nie mówiąc o jego relacji ze zmarłą nauczycielką i jego winie. Pomyślałem, że to będzie interesujące dla widza i zbudowałem tego typu sytuacje wokół głównego bohatera.

Jak długo trwało kręcenie filmu?

Mieliśmy 28 dni zdjęciowych, czyli raczej standard w Quebecu. (...) Kręciliśmy głównie latem, więc mogliśmy korzystać ze szkoły bez ograniczeń, bo były wakacje, a dzieci nie traciły lekcji w szkole. Były też cztery dni zdjęciowe w zimie.

W USA istnieją odpowiednie procedury: kontrole tożsamości, pochodzenia, kwalifikacji; są odciski palców i zdjęcia. W twoim filmie umiera nauczycielka, a człowiek z ulicy przychodzi i mówi: "O, mogę tu uczyć od zaraz" i z miejsca zostaje zatrudniony...

Takie procedury mamy też w Kanadzie, ale są dwa systemy szkolnictwa: system publiczny i prywatny. W prywatnym systemie i szkołach prywatnych dyrektor jest jak dyktator: może zatrudnić, kogo chce. Oczywiście w filmie dyrektorka popełnia uchybienie, zatrudniając pana Lazhara. Ale jeśli nie zrobiłaby tego, nie miałbym mojej historii. Bohater mówi prawdę urzędnikowi imigracyjnemu, a kłamie w szkole. Ale ma powody. Wie, że może pomóc tym dzieciom, ale również czuje potrzebę, by uczyć. To przypadkowy nauczyciel. Smuci nas fakt, że w końcu nie zostanie w tej szkole, ale tak naprawdę nie planował być nauczycielem przez resztę życia. Myślę, że chciał być nim w tym konkretnym momencie i był właściwą osobą we właściwym czasie.

Jaką rolę w twojej historii odgrywa komunikacja? Czy myślisz, że nasze zwykłe człowieczeństwo pozwala nam pokonać trudności w komunikacji między kulturami?

W każdym miejscu, takim jak szkoła, w którym występuje wiele podmiotów społecznych - są rodzice, Ministerstwo Edukacji, rada szkoły, nauczyciele, dzieci - są różnego rodzaju kodeksy i zasady. Starasz się przewidzieć wszystko, co się może zdarzyć i wszystko staje się bardzo surowe. W filmie dorośli nie chcą rozmawiać o śmierci, ponieważ nie chcą przygnębiać dzieci, ale to już się stało, więc rozmową o śmierci nie można przygnębić ich jeszcze bardziej... W Kanadzie mamy odruch korzystania z pomocy specjalistów do wszystkiego, zamiast poprosić o pomoc osobę, która zna sytuację, jest w nią zaangażowana. W filmie, nieco karykaturalnie, jest przedstawiony psycholog, który przychodzi, by porozmawiać z dziećmi o śmierci i samobójstwie. Ale pan Lazhar uważa, że to nie jest dobry pomysł. Lazhar myśli, że to on jest tym, który powinien o tym rozmawiać z dziećmi, bo przebywa z nimi na co dzień. Dla mnie jest to po prostu wiara w moc słów i komunikacji i pan Lazhar trwa w niej aż do końca. Pod koniec filmu musi pożegnać się z dziećmi. Jako scenarzysta długo myślałem o tym, jak napisać tę scenę. W jaki sposób mogę to zrobić? Nie chciałem na końcu żadnego melodramatu... I tak wpadłem na pomysł, że Lazhar przedstawi dzieciom swoją bajkę, a one będą razem poprawiać błędy w pisowni. To jego sposób pożegnania. Jeszcze raz poprzez akt nauczania i komunikacji pan Lazhar może się pożegnać. To było od początku moje założenie wobec filmu - że słowa oraz komunikacja mogą nam pomóc przejść przez dramatyczne chwile.

Kiedy odwiedzamy Kanadę, zawsze jesteśmy pod wrażeniem takich miast jak Toronto, które mają niesamowity, wielokulturowy aspekt i akceptują wszystkie te kultury z zewnątrz w swojej społeczności.

To romantyczne spojrzenie na Kanadę. (...) To uproszczenie mówić, że łatwo się mieszamy z innymi kulturami. W rzeczywistości jest to trudne, ale myślę też, że to przede wszystkim fenomen wielkich miast. W prowincji Quebec, skąd pochodzę, mówimy po francusku, a jedynym kosmopolitycznym miastem jest Montreal. Za każdym razem, gdy zajmujemy się zagadnieniami imigracji i napięć rasowych, problem dotyczy Montrealu. W Quebecu mamy jeszcze tę dodatkową kwestię, że chcemy, żeby mieszkający tu ludzie mówili po francusku, bo boimy się, że francuski może się znaleźć na krawędzi zaniku w niektórych obszarach. Pracuję, bawię się i robię wszystko po francusku. Mój film jest w języku francuskim. To nie jest zwykły folklor. Język to coś, co nas określa. To językowe napięcie widać też w sprawie napływających imigrantów: czy będą uczyć się francuskiego? Czy się dostosują? W filmie jesteśmy jakby na drugim biegunie: pan Lazhar pochodzi ze społeczeństwa, w którym francuski jest drugim językiem. On kocha ten język. Zjawia się, aby uczyć nasze dzieci lepszego francuskiego niż ten używany przez nas w domu. Mój film jest krytyczny w stosunku do poziomu francuskiego używanego na co dzień. No bo kto to widział, żeby imigrant z dawnej kolonii francuskiej przychodził i uczył nasze dzieci naszego języka - to trochę krytyczne spojrzenie na nasz kanadyjski system edukacji. W typowej szkole Balzac jest zdecydowanie poza zasięgiem uczniów. Prawdopodobnie będzie to również zbyt wiele dla dzieci we Francji, ale francuskie dzieci przynajmniej wiedzą, kim jest Balzac. A dzieci w Kanadzie - mogę cię zapewnić - nie mają pojęcia, kim on jest.

Jedną z rzeczy, które podobają mi się w twojej historii, jest to, że czasem outsider może wejść w jakąś kulturę. Nie musisz mieć referencji, żeby uczyć i pan Lazhar dowodzi tego w filmie.

W tej kwestii poruszam się trochę po kruchym lodzie, bo nie pracuję w systemie oświaty. Ale gdybym został poproszony o uczenie małych dzieci przez tydzień matematyki w języku francuskim, starałbym się to zrobić i myślę, że wykonałbym przyzwoitą pracę. Nie sądzę, że stopień naukowy czyniłby mnie lepszym nauczycielem. Czasami uczę w college'u. Oczywiście, nie na stałe, ale prowadzę różne warsztaty i myślę, że umiem odpowiednio komunikować się na temat wielu rzeczy. Bo tak naprawdę chodzi o porozumienie. Pan Lazhar to nauczyciel w starym stylu. Nigdy nie był nauczycielem. Powiedział, że był, ale to nieprawda. Nauczycielką była jego żona. Jako nauczyciel pewnie kopiuje niektóre rzeczy podpatrzone dawno temu u żony. Czerpie też wzorce z systemu edukacji z czasów, kiedy sam był uczniem 50 lat temu. Ja prawdopodobnie robiłbym to samo. A potem, w klasie, jest Claire, są kolorowe ściany i te wszystkie rodzaje aktywności oraz teatr. Claire jest naprawdę w samym centrum nowego systemu edukacji, a mimo to nawiązują porozumienie. Mój film mówi bardzo prosto: pozwólmy nauczycielom inwestować w swoją własną klasę i niech ta klasa przypomina im, kim są.

W filmie dużo się mówi o niedotykaniu dzieci... Pan Lazhar dotyka ich, ale zawsze w sposób naturalny. Czy jest jakaś rozsądna granica, którą musimy tu znaleźć?

Na pewno, ale jeszcze jej nie znaleźliśmy. Rozumiem, dlaczego doszliśmy do czasu i miejsca, w których z oczywistych względów nie można dotykać dzieci w szkole. To fajne, że pozbyliśmy się tego, co było złe, ale pozbyliśmy się też wszystkiego innego - dodające otuchy klepnięcie po plecach czy uścisk są przecież czymś naturalnym w niektórych sytuacjach. Wiem, że to delikatny temat i że w ten sposób próbujemy uniknąć nieprzyjemnych rzeczy, ale takie rzeczy zawsze będą się działy, choćby było nie wiem ile zasad. Czy nam się to podoba czy nie, gówno i tak się wydarzy. Przepraszam za słowa. Więc co powinniśmy zrobić? W filmie podoba mi się to, że Bachir nie jest stąd i nie traktuje fizycznego kontaktu jak zamachu na osobę. (...) Na końcu mamy scenę, gdy dziewczynka decyduje się wrócić do klasy. To ona potrzebuje się przytulić, to ona chce się przytulić, ona prosi o uścisk, a on jej go daje. Dla mnie to jest jak bunt, akt oporu: wrócić tam i złamać tabu, zrobić to, co rozpoczęło całą sprawę. To prawdopodobnie uścisk między postacią Simona i nauczycielką stał się początkiem szkolnego dramatu.

Jak znalazłeś odpowiednią osobę do odegrania kluczowej roli Bachira?

Evelyne de la Cheneli?re, autorka sztuki, której adaptacją jest mój film, znała go ze sceny. Powiedziała mi: "Ten facet może być wielki. Sprawdź go". Znalazłem jego występ na YouTube. To zabawne, bo naprawdę jest popularnym komikiem. To, czym się zajmuje na co dzień, jest bardzo dalekie od tego, co robi w filmie, ale podobało mi się, jak wyglądał. Poszedłem go zobaczyć na żywo. Spotkaliśmy się. On także musiał uciekać ze swojego kraju z powodu wojny domowej w 1990, więc doskonale rozumiał bohatera. Pomyślałem, że może wykorzystać to w filmie. Jest również autorem. Pisze powieści i ma niezwykłą wrażliwość. Zaprzyjaźniliśmy się. Mimo że nie był dokładnie tym, kogo szukałem - był dla mnie trochę zbyt teatralny - powiedział mi: "Wiem, że myślisz, że jestem zbyt teatralny, ale jeśli dasz mi tę rolę, będę ciężko nad tym pracował" - i przekonał mnie.

Kiedy zatrudniasz kogoś, kto ma w przeszłości takie przeżycia, czy nie jest to przypadkiem trochę jak pole minowe, po którym musisz stąpać ostrożnie, jeśli chcesz, żeby ta osoba reagowała jak postać, a nie zgodnie z własnymi doświadczeniami?

To Fellag podjął decyzję, że zagra w tym filmie. To samo dotyczy dzieci. Jeśli one lub rodzice uważają, że temat jest zbyt trudny, to ja szanuję ich decyzję. Ja ze swojej strony wiem, że nie będę ich zmuszał do dramatycznych rzeczy, i przed rozpoczęciem pracy będę z nimi rozmawiał o wszystkim, co się znajduje w scenariuszu. Jeśli zaś chodzi o Fellaga - tak jak Bachir Lazhar jest on osobą, która nie mówi zbyt wiele o swojej przeszłości, nawet w rozmowach z dziennikarzami. Dziennikarze często zadają mu pytania na temat jego życia w Algierze, ale on woli o tym nie mówić, bo nie chce, aby stało się to ciężarem dla ludzi wokół niego. On potrzebuje odciąć się od przeszłości, chce iść do przodu.

Znalezienie Bachira było z pewnością najważniejsze dla twojego projektu, ale ja jestem pod wrażeniem dzieci. Są znakomicie obsadzone. Czy znalezienie Alice i Simona i wypełnienie klasy było dużym wyzwaniem?

To takie samo wyzwanie jak obsadzenie każdej innej postaci, dorosłej czy nie. Z dziećmi po prostu potrzebujesz więcej czasu. Musisz im powiedzieć na castingu, że mają czas na wymianę pomysłów. Zawsze jestem na castingach, ale nie chcę przesłuchiwać tysiąca dzieci, co najwyżej 100 lub 200, nie spieszę się z nimi i próbuję obsadzić główne role. Jeśli ktoś mi się podoba, ale niedokładnie pasuje do roli, myślę: "mam również inną rolę, która może być odpowiednia". Czasami piszę role specjalnie dla nich, chcąc z nimi pracować, bo są tak dobre. (...) Gdy mam próby z dziećmi, pracuję z trenerką, która jest przyzwyczajona do pracy z nimi i wie, co chcę osiągnąć w danej scenie. Może pracować z nimi pod moją nieobecność, ponieważ mam też inne zajęcia i nie zawsze mogę uczestniczyć w próbach - to jest druga rzecz. I trzecia rzecz: staram się stworzyć na planie atmosferę zabawy tak, żeby dzieci nie nudziły się zbyt łatwo. One wiedzą, że to praca, ale mogą się również bawić, a gdy nadchodzi czas, aby kopać głęboko w sobie, potrafią to zrobić.

Ile godzin wolno im było pracować każdego dnia?

Nie mogły być na planie dłużej niż siedem godzin dziennie, ale w zasadzie zawsze pracowaliśmy z nimi krócej.

Wróćmy do tematu imigrantów. W USA mamy bardzo duży podział - niektórzy ludzie są do nich bardzo wrogo nastawieni, podczas gdy inni są pro-imigracyjni. To wielka walka polityczna. Czy tak jest również w Kanadzie?

Trochę tak rzeczywiście jest. Paradoksalnie, czasami okazuje się, że imigranci, którzy mieszkają tu od wielu lat i mają już obywatelstwo, mogą być przeciwko dodatkowej imigracji. Czasami chodzi o sytuację gospodarczą, a czasami po prostu o strach przed innymi. Czasami zaś chodzi o ochronę ogólnie przyjętych wartości. Jeśli spojrzymy na historię: historia jest tylko następstwem tego, że jedne osoby spotykają inne osoby poprzez handel, podróże lub wojny. Już Herodot, grecki historyk sprzed 2500 lat, o tym pisał - o ludziach mieszających się z innymi ludźmi. Czasem w taki sposób powstają wielkie społeczeństwa. Czasem powoduje to wojny. Ale nie zmienimy tego. Żyjemy w narodach, które są państwami i krajami. Naród, wynalazek kraju, jest stosunkowo nowym pojęciem w historii ludzkości. Często o tym zapominamy. Chcemy chronić nasz kraj. Ale kraj też jest czymś dość nowym. Ma 250 lat, może 300 lat, więc też może się zmieniać i również ewoluować. Migracja jest częścią tego procesu.

Jak wygląda w Kanadzie sprawa państwowego dofinansowania produkcji filmowej? Czy po ostatnich cięciach budżetowych sztuce grozi utrata tego wsparcia?

Tak, bo mamy konserwatywny rząd, który myśli tylko w kategoriach efektywności. Przeznacza się dużo pieniędzy na wydatki wojskowe, a coraz mniej na kulturę. Moje stanowisko jest takie, że kultura może być opłacalna. Kiedy robisz film, kosztuje to 3 miliony dolarów. Teraz, w Quebecu, te koszty wzrosły do 3,5 milionów dolarów: to koszt małego filmu, który nie jest komercyjny, nie jest komedią i nie ma w nim gwiazd. I to ciągle 3,5 miliona dolarów. Mówię tu tylko o Quebecu. Film ukaże się w 25 krajach na świecie. Było przy nim zatrudnionych ponad 150 osób przez okres roku lub półtora. Sprzeda się w tysiącach DVD na świecie. Dla mnie to jest ekonomia. (...) Ale rząd tego nie widzi. Nie widzi, że nakręcenie filmu, kultura czy sztuka są częścią naszej gospodarki. Bo to ważna część naszej tożsamości. Myślę, że kino jest pamięcią i wyobrażeniem kraju. Zabierz jednostce pamięć i wyobrażenia, a przestaje być ona indywidualna. Myślę, że tak samo jest z krajem. W Kanadzie mamy szczęście, że ciągle jeszcze możemy zdobyć finansowanie od rządu. Dla mnie oznacza to, że kiedy dostanę pieniądze, kiedy przyznają mi środki na zrobienie filmu, będę miał całkowitą kontrolę artystyczną i będę mógł robić osobiste rzeczy. Ironią jest to, że zrobiłem autorski film we Francji, bez udziału gwiazd i to zaprowadziło mnie do Hollywood. I do Oscarów. Gdybym próbował naśladować Amerykanów czy robić filmy według komercyjnej receptury, nigdy bym się nie znalazł w Hollywood. Mimo że nie było to w żaden sposób moim celem, i nigdy nie myślałem, że "Pan Lazhar" będzie miał jakikolwiek związek z Oscarami.

No właśnie - Oscary... Jakie to było doświadczenie?

Nie lubię oficjalnych gal i tego typu rzeczy, ale jeśli doszło się do Oscarów, to lepiej się do tego przyzwyczaić i cieszyć się tym. Niektórzy ludzie wokół mnie mówili: "Po prostu włóż smoking i przeżyj to, ciesząc się tym". Tak właśnie zrobiłem. To była świetna zabawa. Na czerwonym dywanie byłem tuż za Rooney Marą, którą uwielbiam, ale nie mogłem tego okazać zbyt wyraźnie, bo obok była moja dziewczyna. Za mną była Glenn Close... Tak, to było interesujące. Nawet jeśli w głębi duszy wiedziałem, że pewnie wygra "Rozstanie", kiedy zapowiadali nasz film, pomyślałem sobie: "Och! Chcę tego! Chcę tego"! A kiedy nie wygraliśmy, miałem depresję przez około 20 minut, a potem otrząsnąłem się z tego i cieszyłem się resztą wieczoru.

Co chciałbyś przekazać widzom, którzy obejrzą "Pana Lazhara"?

Widz powinien z niego wziąć to, co chce. To, co ja myślę o tym filmie, naprawdę jest mało istotne. Mogę jedynie powiedzieć, że film stara się pokazać nam, że - jak mówiłem wcześniej - powinniśmy pozwolić nauczycielom inwestować w ich klasy. To bez sensu starać się wszystko kontrolować. Edukacja jest sprawą fundamentalną. Myślę, że rodzic, który mówi do pana Lazhara: "Przestań wychowywać naszą córkę i po prostu ją ucz", się myli. Nauczyciel nigdy nie będzie rodzicem. Rodzice to rodzice. Ale nauczyciele, oprócz wykładania matematyki, francuskiego czy angielskiego, muszą się także angażować w aktywną edukację, ponieważ dzieci w tym wieku spędzają więcej czasu z nimi niż z rodzicami. Musimy przyjąć, że inni dorośli będą częścią procesu wychowania naszych dzieci. Będzie się zdarzać, że dzieci będą miały złych nauczycieli. Będzie się też zdarzać, że będą miały bardzo dobrych nauczycieli. Idziemy przez życie i wszystko, co nas spotyka, jest częścią procesu kształcenia. W prawdziwym życiu spotykamy złych szefów i dobrych szefów, dobrych przyjaciół i złych przyjaciół. Myślę, że powinniśmy pozwolić nauczycielom wykonywać ich pracę i nie narzucać im zbyt wielu ograniczeń. (...) Nie chciałem robić filmu dydaktycznego, a to było trudne, bo jeśli spojrzysz na listę tematów w "Panu Lazarze", to mamy tu imigrację i system edukacji, mamy żałobę i mamy też samobójstwo. Myślę, że przed zbytnim dydaktyzmem uratowały mnie dwie rzeczy. Starałem się zrobić wszystko możliwie powściągliwie i pozwolić widzom na własny osąd. Jeśli spojrzysz na koniec filmu, daję tu dużo miejsca, by widz mógł sobie wyobrazić, co się później stanie w życiu Bachira. Także to, że historia dzieje się w szkole, pozwoliło mi poruszyć wszystkie te kwestie bez zbytniej dydaktyki. Bo szkoła jest jak laboratorium, jak społeczeństwo w miniaturze (...), gdzie tak naprawdę wszystko jest możliwe.

Czy po tym, jak twój film otrzymał nominację do Oscara dla najlepszego filmu zagranicznego, łatwiej ci zebrać pieniądze na kolejne projekty?

W Kanadzie zwykle nie miałem problemu ze znalezieniem finansowania. Myślę, że miałem szczęście. Ale rzeczywiście dzisiaj musiałbym napisać bardzo zły scenariusz, żeby nie zdobyć pieniędzy na następny film. W naszym środowisku mówi się: "dopóki nie zrobisz następnego, jesteś [tylko] tak dobry jak twój ostatni film". Myślę, że to prawda, która dotyczy każdego twórcy.

Jaki będzie twój następny projekt?

Piszę komedię polityczną, która dzieje się w Kanadzie, w Quebecu. (...) Nigdy jeszcze nie zrobiłem żadnej komedii. Oczywiście i w "Panu Lazharze", i w innych moich filmach jest obecny humor, ale teraz staram się zrobić prawdziwą komedię od początku do końca. To się nazywa "Prescott Itd." ponieważ nazwa okręgu wyborczego jest tak długa, że wszyscy mieszkańcy okręgu mówią po prostu "Prescott itd.". To tytuł roboczy. Nie wiem jeszcze, co z tego wyjdzie.

Z Philippe'em Falardeau rozmawiała Sheila Roberts,

Źródło: Collider

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Pan Lazhar

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama