"Ostatni bastion": PRZYWÓDCY I ICH ZWOLENNICY

”Jakie cechy powinien posiadać przywódca? Jakie jest DNA przywódcy?” Reżyser Rod Lurie stawia pytania, które według niego stanowią główny temat „Ostatniego bastionu”. Scenariusz opowiadający o zdegradowanym generale, którego cechy przywódcze są testowane w więzieniu, został w pewien sposób zainspirowany klasycznym filmem będącym kroniką życia autentycznej legendy militarnej. Scenarzysta David Scarpa wspomina, „Chciałem napisać scenariusz do filmu wojennego, rozgrywającego się współcześnie. Właśnie oglądałem, „Patton”, kiedy wpadła mi do głowy myśl-co stałoby się z legendarnym generałem skazanym i wysłanym do więzienia? Ponieważ zdawałem sobie sprawę, że taki generał byłby nadzorowany przez komendanta w więzieniu-o niższej randze, pomyślałem - Kto komu salutuje? Podstawą filmu stało się starcie osobowości-historia dwóch mężczyzn zaplątanych w swego rodzaju psychologiczną rozgrywkę szachową, każdy z nich chce zostać królem. To nie miał być film o więźniach przygotowujących się do ucieczki, ale raczej walczących o kontrolę”. Producent Robert Lawrence tak wspomina chwilę, w której usłyszał o pomyśle Scarpa „Ta historia natychmiast zaciekawiła mnie z kilku powodów. Po pierwsze uwielbiam historie o wyzwoleniu i zwycięstwie ducha. Film koncentruje się na ludziach, którzy w pewnym momencie swojego życia byli idealistami - trzeba bowiem być idealistą, aby wstąpić do armii – obrali jednak złą drogę i skończyli w więzieniu. Cały czas są zdolni do olbrzymiej odwagi. Kiedy pojawia się wśród nich postawiony przed sądem wojennym generał wszystkie uczucia odżywają na nowo i prowadzą do konfliktu z komendantem więzienia pułkownikiem Winterem. Podczas gdy generał Irwin wierzy, że każdy jest zdolny do odkupienia swych win, Winter twierdzi, że więźniowie splamili mundur, który on z taką dumą nosi”.

Reklama

Doświadczony pisarz Graham Yost, który ostatnio sprawdził się jako scenarzysta wojennej mini serii „Band of Brothers”, dołączył do Scarpa, aby przygotować ostateczną wersję scenariusza „Ostatni bastion”. Bardzo ważnym wyborem okazał się być reżyser Rod Lurie. Nie jest on może jedynym reżyserem, który służył w wojsku, ale na pewno tylko on skończył Amerykańską Akademię Wojskową znaną lepiej jako West Point. Wojskowa edukacja Luriego oraz jego późniejsze doświadczenia jako żołnierza pozwoliły mu na wyjątkowe zrozumienie rozłożenia sił w opowiadaniu historii.

„To, że właśnie Rod wyreżyserował film było czymś bardzo ważnym, mówi Lawrence”. Mając doświadczenie wojskowe był w stanie odpowiednio przekazać charakterystyczne rysy postaci oraz specyficzne cechy konfliktu. Dzięki niemu aktorzy grający żołnierzy są tak bardzo wiarygodni. Jako reżyser Rod ma olbrzymią zdolność pracy z aktorami oraz silne wyczucie stylu wizualnego. Kiedy połączymy to wszystko okazuje się on być idealnym reżyserem w ten sposób skonstruowanego materiału”. Będąc już po realizacji politycznego thrillera „Ukryta prawda” /”Contender”/”, Lurie twierdzi, że dopiero „Ostatni bastion” spowodował, że jego zdolności kreacyjne sięgnęły zenitu. Tak to wyjaśnia „Bardzo szybko przekonałem się do tej historii, ponieważ zajmowała się tematem, który jest dla mnie bardzo ważny - definicja prawdziwego przywództwa. Film przedstawia to, w co wierzę - przywództwo pochodzi z wnętrza każdego człowieka. Prawdziwi przywódcy nie mają wyboru, to przeznaczenie. To nie funkcja czy ranga, nie można od tego uciec. Jeśli jesteś przywódczą jednostką, nie możesz po prostu siedzieć w ostatnim rzędzie i wąchać kwiatki. Wkrótce, bowiem zaczniesz rozkazywać kwiatkowi, żeby kwitły. W West Point dowiedziałem się, że przywództwa nie można się nauczyć. W Akademii nie tworzą przywódców, oni ich znajdują.” Lurie odnalazł bohatera historii opowiedzianej w filmie w legendzie ekranu Robercie Redfordzie, który gra postać generała Irwina. „Uważam, że Bob Redford jest naturalnym przywódcą i człowiekiem o niezwykłej charyzmie”, mówi Lurie, który sam przyznaje, że pewien wpływ na obsadzeniu Redforda w tej roli miał jego osobisty podziw dla zdobywcy Oscara. Podczas pierwszego spotkania, Lurie nie mógł oprzeć się, aby nie powiedzieć Redfordowi, że film „Wszyscy ludzie prezydenta” (All the President’s Men) był najważniejszy w jego życiu. Doprowadziło to do trzygodzinnej konwersacji o filmie oraz do następnego spotkania. Tym razem dyskusja dotyczyła „Kandydata” (The Candidate). W jakiś sposób w trakcie tych rozmów z Redfordem udało się przekonać aktora do przyjęcia roli w „Ostatnim bastionie”. Miałem szczęście”, śmieje się Lurie: „ponieważ myślałem, że jako zbyt wielki fan jego pacy, straciłem go na zawsze”. Redford tak to wspomina: „Nie musieliśmy zbyt długo debatować. Miałem pewne pojęcie o pracy Roda po jego filmie „Ukryta prawda” /„The Condenter”/. Spotkałem go i polubiłem. Jest inteligentny i uważałem, że jego doświadczenie będzie świetnie współgrało z tematem filmu. Bardzo pociągała mnie ponadto rola Irwina”, kontynuuje Redford. „To bardzo interesująca postać - generał postawiony przed sądem za pogwałcenie kodu honorowego, którego starał się bronić przez całe życie. Ponieważ przyznaje się do winy, zostaje skazany na karę więzienia gdzie spotyka pułkownika Wintera. Centralnym motywem filmu jest więc walka między tymi dwoma postaciami - człowiekiem urodzonym do roli przywódcy i tym, który przez całe życie chciał być przywódcą. Według mnie jest to na prawdę dobry materiał”.

James Gandolfini, zdobywca nagrody Emmy za rolę w serialu HBO „Rodzina Soprano” (The Sopranos) gra przeciwnika Irwina, pułkownika Wintera. Jest on komendantem więzienia i chociaż początkowo generał imponuje mu, wkrótce jednak zaczyna czuć się zagrożonym. Tak mówi Lawrence „Tym, co jest fascynujące w stosunkach między tymi dwoma mężczyznami jest to, że Irwin jest kimś, kogo pułkownik podziwiał przez całe życie. Ale teraz Winter, który nigdy w życiu nie był na froncie musi wypowiedzieć swoją pierwszą w życiu wojnę generałowi”. Podziw Wintera dla generała Irwina jest czymś, co przyszło aktorowi Jamesowi Gandolfini niezwykle łatwo. W podobny, bowiem sposób podziwia on samego Redforda. „Pierwszą rzeczą, która zachęciła mnie do zagrania w tym filmie była możliwość pracy z Robertem Redfordem”, mówi aktor. „Cała historia opiera się na naszych dwóch postaciach walczących ze sobą. Byłem bardzo tym podekscytowany, ale także... zaskoczony.” Gandolfini bardzo obiektywnie podszedł do konfliktu dwóch osobowości. Starał się raczej spojrzeć na wszystko oczyma Wintera, a nie portretować go jako wroga. „Winter uważa, że robi dobrze” twierdzi Gandolfini. „Jego więzienie jest bardzo bezpieczne, strażnicy są mu podporządkowani, a więźniowie go nie lubią. Jest dobry w swojej pracy. To wszystko, co potrafi. Dlatego też pojawienie się w więzieniu Irwina wytrąca go z równowagi. Rola Wintera różni się od tych, które grałem dotychczas. Zwykle gram ludzi, których emocje są bardziej widoczne, pułkownik skrywa wszystko wewnątrz siebie. Według mnie nie jest łatwo odczytać jego intencje, co było dla mnie na prawdę interesujące.” Gandolfini był pierwszym wyborem Luriego do roli Wintera. „Jim to bardzo interesujący człowiek. Przede wszystkim to najbardziej czarujący, stąpający twardo po ziemi facet, jakiego znam. Praca z nim była wyjątkowym doświadczeniem, gdyż dokładnie zapoznał się z wszystkimi tajnikami charakteru granej przez siebie postaci i za każdym razem zaskakiwał mnie swoją interpretacją. Kiedy razem z nim pracowałem nad rolą odkryłem jego niezwykły intelekt, który nigdy do końca nie był wykorzystany na ekranie. Zdałem sobie sprawę, że pułkownik Winter, który jest bardziej intelektualistą niż wojownikiem, był idealny dla Gandolfiniego”.

Kiedy konflikt, między Irwinem i Winterem rozwija się, jeden z więźniów zaczyna grać na dwa fronty. Mark Ruffalo gra postać Clifforda Yatesa, który wykorzystuje każdą okazję, aby prowadzić grę. Przyjmuje nawet zakłady dotyczące tego czy upokorzony generał Irwin popełni samobójstwo. Lurie zaangażował Ruffalo po tym jak zobaczył go w niezależnym filmie „You Can Count on Me”. Lurie tak to wspomina, „Widziałem ten film i tak powiedziałem - To on. Musimy go natychmiast obsadzić”. Mówi Ruffalo, „Przeczytałem scenariusz i pomyślałem, że Yates to świetna rola. To człowiek, którego ojciec wrócił ranny z Wietnamu i po tym doświadczeniu w jego głowie zaszły spore psychiczne zmiany. Więc chociaż Yates wstąpił do West Point i sam został oficerem nigdy nie miał szacunku dla wojska i swojej w nim pozycji. Został skazany za handel narkotykami. W więzieniu zostaje bukmacherem, co daje mu spory wpływ na otaczający go świat. Kiedy Yates spotyka Irwina, który służył z jego ojcem , na początku postrzega go jako kolejnego oficera wykorzystującego ludzi do swoich celów. Pułkownik Winter widzi to i usiłuje namówić Yatesa, aby ten opowiedział się przeciwko Irwinowi i jego zwolennikom. W ten sposób Yates znajduje się w środku konfliktu i musi opowiedzieć się po którejś ze stron”. Lurie twierdzi, że Yates jest jedynym więźniem, do którego nie przemawia idealizm generała Irwina. Bardzo ważne jest to, że obserwując grę Marka na ekranie nie mamy pojęcia czyją ze stron tak na prawdę obierze. To utalentowany młody aktor.

Inną postacią, która rozdarta jest pomiędzy obowiązkiem wykonywania rozkazów, a podążaniem za głosem sumienia, jest zastępca Wintera kapitan Peretz grany przez Steve’a Burtona. „Peretz nie do końca lubi swoją pracę: po prostu wykonuje rozkazy. Zauważa, że od czasu przybycia Irwina, pułkownik Winter przekracza pewną granicę w stosunkach z więźniami”, obserwuje Burton. „Chociaż wydają się być po przeciwnych stronach, generał Irwin odnosi się do Peretza z szacunkiem zmuszając go w ten sposób do dokonania wyboru”. Uhonorowany nagrodą Emmy za rolę w „General Hospital”, Burton debiutuje w filmie właśnie jako jeden z bohaterów „Ostatniego bastionu”. Tak mówi o nim Rod Lurie, „Nigdy wcześniej go nie widziałem, ale kiedy przyszedł na przesłuchanie zaszokował nas wszystkich swoimi umiejętnościami. Dopiero później dowiedziałem się, że zdobył nagrodę EMMY. Jestem bardzo zadowolony, że właśnie nam udało się zaangażować go do tego filmu”. Doświadczony aktor Delroy Lindo pojawia się w epizodycznej roli długoletniego przyjaciela Irwina, generała Wheelera, który stara się przekonać Irwina, aby przyjął jego pomoc. Lindo mówi, „Ironia polega na tym, że to właśnie pułkownik Winter wzywa Wheelera do więzienia, aby ten pomógł mu umieścić Irwina w zakładzie psychiatrycznym. Irwin i Wheeler dużo wspólnie przeżyli, dlatego też Wheeler szybko dostrzega, że Irwin nie ma żadnych problemów psychicznych, ale to właśnie Winter może mieć problemy”.

„Uważam, że spotkanie generałów Irwina i Wheelera jest jednym z najsilniejszych punktów filmu, jako, że to jest jedyna scena, w której Irwin ma do czynienia z kimś równym sobie”, mówi Lurie.

Poszukując aktorów odgrywających grupę więźniów, reżyser zdecydował się na stosunkowo mniej znanych odtwórców. „Przesłuchałem aktorów grających na scenach nowojorskich, a także n lokalnych scenach w Nashville i Atlancie. Uwielbiam prace z takimi aktorami, są pełni zapału, oddani i zawsze zostają po ujęciach, żeby obserwować pracę ekipy”. Lurie dodaje, że ważne było takie osiągnięcie pewnej atmosfery na planie w związku z Robertem Redfordem jako generał Irwin. „W naszej historii generał Irwin to postać - ikona w armii. Jego legenda kroczy tuż przed nami, a jego przybycie do Bastionu wywołuje poruszenie wśród byłych żołnierzy. Pojawienie się Redforda n planie także wywołało spore poruszenie. Jest on, bowiem jedną z ikon przemysłu filmowego. Redford zaczął grę dopiero po dwóch tygodniach od momentu rozpoczęcia zdjęć, dlatego też aktorzy czekali przez pewien czas, aby z nim zagrać lub tylko... uścisnąć mu dłoń”.

Każdy z członków ekipy chętnie komentował możliwość pracy z Redfordem, także Clifton Collins, młody aktor grający Aquilara, więźnia, na którym przybycie generała Irwina wywarło być może największe wrażenie. „Robert Redford to żywa legenda. Granie z nim było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Budziłem się każdego ranka przez dwa, trzy tygodnie i myślałem - Hej, robię film z Robertem Redfordem! Mój bohater Aguilar, także przebywa z legendą, generałem Irwinem”.

Collins tak mówi o granej przez siebie postaci, „Aguilar to młody, niewinny człowiek, który jest pierwszą osobą zaprzyjaźniającą się z generałem. Więzienie złamało go, ale Irwin uczy go jak odzyskać dawną dumę i honor. Aguilar pierwszy odzyskuje wiarę w swoje człowieczeństwo i przychodzi mu za to zapłacić”.

Paul Calderon, który odtwarza postać sierżanta Dellwo komentuje, „Irwin daje nam poczucie wiary w to, że jeszcze jest nadzieja - nadzieja, że możemy pokonać narzucone ograniczenia. Będąc w swojej osobistej życiowej podróży zabiera nas ze sobą i jest swego rodzaju pomostem do innego świata - świata wiary i nadziei”. Calderon, weteran armii amerykańskiej wniósł do produkcji swoje własne doświadczenie. Brian Goodman, portretujący więźnia Beaupre, tak jak jego bohater pewien czas w więzieniu. „ Ktoś zranił moją siostrę, zareagowałem i zostałem skazany. Prawdziwe więzienie to szkoła doceniania małych rzeczy. Robienie tego filmu przypomina mi jak bardzo jestem wdzięczny”. Jeśli Aquilar jest pierwszą osobą, która nawiązuje kontakt z Irwinem, to Beaupre jest ostatni. „Cały czas powstrzymuje się przed okazaniem szacunku jaki ma dla Irwina. Ma w sobie sporo goryczy i nienawiści. Nie cierpi autorytetów. Myślę, że jedyna rzecz, jaka go łączy z innymi to fakt, że w pewnym momencie on też zdecydował się na służbę wojskową. Tym co przyciągnęło moją uwagę w scenariuszu była misja która połączyła wszystkich więźniów”. Oprócz Goodmana jeszcze jedna osoba ma ważny powód, aby być wdzięczną za bycie na planie George W. Scott, grający „delikatnego olbrzyma” Thumpera wygrał już w swoim życiu ważną bitwę - bitwę ze śmiertelną formą białaczki CML. Kiedy wyzdrowiał zdecydował się, że poświęci się aktorstwu. Jednak możliwości na prowincji miał ograniczone. Przyznaje, że miał już zrezygnować, kiedy coś się zdarzyło. „Pojawił się Rod Lurie”, mówi Scott. „Otrzymanie tej roli i praca z Rodem udowodniły, że trzeba pomagać swoim marzeniom. Trzeba wyjść im naprzeciw i po prostu sprawić, żeby to, czego bardzo pragniesz spełniło się”.

Inni debiutujący na dużym ekranie członkowie obsady to: pisarz i aktor Frank Military grający Dona Michaela Irby, Enriquez Samuel Ball jako Duffy oraz pochodzący z Nashville Jeremy Childs grający Cutbuska. Robert Lawrence stwierdza „W każdej z otaczających go osób, Irwin odnajduje wartości, które pozwalają na ponowne stanie się żołnierzem”. Lurie zgadza się z taką opinią. Generał zwraca godność tym wszystkim zdesperowanym mężczyznom, którym powiedziano, że nie są już żołnierzami”. Po drugiej stronie kamery Sierżant major Michael L. Davis zajął się odpowiednim przygotowaniem aktorów do ról jak najbardziej wiarygodnych żołnierzy. „ Nie tylko służył w armii” mówi Lurie, „był także sierżantem, majorem w Forcie Leavenworth. Teraz jest szefem policji w małym mieście w Georgii. Okazja bycia znowu w wojsku na planie filmowym, bardzo go ucieszyła. Uwielbiał ustawianie aktorów w szeregu. Zorganizował dla nich specjalne szkolenie, po którym ludzie, którzy nigdy nie byli w wojsku maszerowali dookoła jak absolwenci West Point. Ten facet był niesamowity”. Słowo „niesamowity” na pewno nie było przymiotnikiem, który wybraliby aktorzy na określenie Luriego. Dla ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego z wojskiem, że musztra była ciężkim doświadczeniem. Wszyscy zgadzają się jednak z tym, że bez niego nigdy nie byliby na ekranie tak autentyczni.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Ostatni bastion

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje