"Gra namiętności" to reżyserski debiut hollywoodzkiego scenarzysty Mitcha Glazera, mającego na koncie takie produkcje, jak: "Rekrut" Rogera Donaldsona, czy "Wielkie nadzieje" Alfonso Cuaróna. Nie był nigdy scenarzystą pierwszoligowym, jednak spod jego pióra wychodziły zazwyczaj sprawnie opowiedziane obyczajowo-romantyczne historie, jak choćby "Trzy serca" naszego Jurka Bogajewicza (wtedy jeszcze Yurka Bogayevicza). "Grę namiętności" odróżnia jednak od wcześniejszych tekstów Glazera element "realizmu magicznego", którym, niestety, Glazer-reżyser skutecznie zabija swój film.
O co więc chodzi? Głównym bohaterem "Gry namiętności" jest Nate Poole (Mickey Rourke) - legendarny trębacz jazzowy, który chwile sławy ma już jednak dawno za sobą. Teraz ma jednak inne zmartwienie niż zamierzchła kariera muzyczna - ściga go bowiem miejscowy mafioso o radosnej ksywce Szczęśliwy Shannon (Bill Murray), któremu Poole podprowadził małżonkę. Kiedy cudem uniknąwszy egzekucji dzięki nagłej interwencji tajemniczych Indian (rzecz dzieje się przy meksykańsko-amerykańskiej granicy) trafia Poole do osobliwego parku rozrywki, spotyka tam kobietę-anioła. Posiadająca prawdziwe skrzydła Lily (Megan Fox) zakochuje się w tajemniczym gościu i ucieka z nim do miasta.
Już na pierwszy rzut oka widać, że narracyjnej fastrydze "Gry namiętności" brak subtelności. Kulejącej logiki opowiadanej historii nie da się uzasadnić obecnością pierwiastka "magicznego". To, że Megan Fox rosną skrzydła, czyni ją być może bardziej intrygującą i pociągającą, ale nie tłumaczy wszystkich głupot, które popełnia w filmie bohater Mickeya Rourke'a. Niby drobnostka, ale zawsze to dodatkowa cegiełka do absurdalnej architektury tego obrazu: kiedy Poole podczas postoju na stacji benzynowej postanawia sfotografować zjawiskową Lily, pożycza stojącego obok chłopca aparat. O tym, że nie był to polaroid, przekonamy się dopiero później, kiedy pokaże fotografię Szczęśliwemu Shannonowi.
Na śledzenie tego, co przynoszą kolejne minuty seansu, zwyczajnie szkoda percepcyjnej energii . Od początku wiadomo, jak skończy się ta historyjka o życiowych "dziwolągach". Lepiej skoncentrować się na aktorskich sztuczkach - artystów Glazerowi udało się bowiem dobrać pierwszorzędnych. Mickey Rourke z upodobaniem powtarza więc swoją najlepszą rolę w karierze - granie "loserów" zawsze przychodziło mu z naturalną lekkością. Ale jest aktorem na tyle charyzmatycznym, że zawsze przemyci jakiś rarytasik - tu jest nim nawyk zarzucania kapelusza na buta, zawsze kiedy rozsiada się z nogą zarzuconą na nogę (rzadko wyjmuje też z ust wykałaczkę).
Megan Fox obsadzona zaś została w "Grze namiętności" zapewne po to, by prezentować swe seksowne ciało. Obraz Glazera nie ugruntuje jednak jej pozycji jako symbolu seksu (prezentuje się tu ona bowiem nadzwyczaj niewinnie); nie jest też dowodem na aktorskie umiejętności Fox. Bill Murray? Specjalista od ról najróżniejszych "freaków", tym razem musiał wcielić się w czarny charakter. W "The Limits of Control" Jima Jarmuscha udowodnił, że kiedy chce, potrafi być wcieleniem zła, w "Grze namiętności" jego bohater jest jednak raczej bogatym poczciwcem, niż diabłem wcielonym. Z pewnością brakuje mu zaś błysku! Na deser mamy jeszcze Rhysa Ifansa w niewielkiej, ale wyrazistej roli właściciela parku rozrywki.
Kiedy już wynudziliśmy się przez 90 minut i nerwowo wyczekujemy ckliwego happy endu, spotka nas największa frajda "Gry namiętności". Finał tego filmu przebija bowiem swym kiczem najśmielsze oczekiwania, sprawiając, że zakończenie "Titanika" wydaje się przy tym niewinnym zakończeniu szczytem estetycznego wyrafinowania. To prawdziwy "lot namiętności"...
Zobacz zwiastun "Gry namiętności":
"Gra namiętności", Monolith Video, premiera DVD: 1 grudnia 2011





Kop głębiej
Saga "Zmierzch": Księżyc w nowiu
Twój komentarz może być pierwszy!