Terrence Malick, jeden z najbardziej tajemniczych reżyserów w historii amerykańskiego kina, nie rozpieszcza swoich zwolenników: "Drzewo życia" to dopiero piąty obraz w filmografii artysty, który karierę rozpoczynał na początku lat 70. prekursorskim "Badlands". Kiedy już jednak bierze się do roboty nad nowym filmem, najbardziej cierpią producenci. Malick jest bowiem nie tylko perfekcjonistą (montaż "Drzewa życia" zajął mu około 2 lat, po raz pierwszy mówiono o tym filmie w kontekście festiwalu w Cannes w 2009 roku), lecz również nie idącym na najmniejsze kompromisy artystą. Ciężko wyobrazić sobie, by którykolwiek z mainstreamowych amerykańskich reżyserów mógł pozwolić sobie (lub raczej któremu pozwolono by) na podobną dezynwolturę, jaką Malick po(d)pisał się przy "Drzewie życia".
Fabuła? Jest w "Drzewie życia" coś na kształt fabuły. Jest tragiczna rodzinna historia, która zresztą otwiera cały film. Potem, przez cały czas trwania seansu, w strumieniu retrospekcyjnej opowieści poznajemy trudną relację łączącą despotycznego ojca (Pitt) ze swym najstarszym synem oraz towarzyszącą jej eteryczną osobowością żony/matki (Chastain)... zamyśliłem się, lecz chyba wypadałoby tu patetycznie wstawić - "zagadkę istnienia".
W swym ambitnym przedsięwzięciu Malick idzie jednak dalej niż snucie rodzinnej opowieści i decyduje się na wprowadzenie kosmicznej perspektywy w postaci... cofnięcia się do czasów Wielkiego Wybuchu. Efektowny big bang to tylko początek filmowej podróży szlakiem stworzenia świata (jeśli komuś jeszcze mało wrażeń, to w kolejnych "prehistorycznych" scenach pojawią się też... dinozaury), ale film Malicka transcenduje w stronę apokaliptycznego końca, w którym w finale "Drzewa życia" mieszają się zarówno czasowe perspektywy, jak i wszelkie filozoficzne teorie, na fundamencie których amerykański reżyser postanowił zbudować tu filmowy wszechświat.
Pozostaje pytanie: o czym tak naprawdę opowiada film Malicka? Pewności nie mieli nawet aktorzy, występujący w "Drzewie życia". Sean Penn (wciela się w filmie w postać dorosłego syna Brada Pitta) publicznie przyznawał, że nie ma pojęcia, jakie jest znaczenie scen, w których wziął udział (jego bohater błąka się m.in. po pustynnym pustkowiu). Konfuzja towarzyszyła również krytycznej recepcji; na wszelki wypadek recenzenci bezpiecznie deklarowali, że "Drzewo życia" jest arcydziełem. Kropka. Wolę, kiedy traktuje się film Malicka jako rodzaj niebywale skomplikowanego filmowego eksperymentu. O tym, czy się powiódł, najprawdopodobniej przekonamy się jednak dopiero za kilkadziesiąt lat. Dziś możemy tylko z mieszaniną zdumienia i podziwu stwierdzić: "Czegoś takiego jeszcze w kinie nie widziałem". Prawda, że w czasach twórczego recyclingu staje się to niebywałym komplementem?
"Drzewo życia"
"Drzewo życia", dystrybutor: Monolith Video, premiera DVD: 1 grudnia 2011






Kop głębiej
Saga "Zmierzch": Księżyc w nowiu
~t
przepadł w montażu . Naprawdę nie rozumiem dlaczego reżyser powierzył główną rolę przeciętnemu a...
~pawel uk
~mira
wyłączyłam po 10 minutach!
~bbbb
nie ta amerykańska podróbka wybitnego kina.
~bbbb
nie ta amerykańska podróbka wybitnego kina.
~jj
czasem trudno się połapać.
jeśli ktoś chce to sobie obejrzeć wieczorem dla relaksu - nie polecam...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »