Z aktorem tuż przed premierą rozmawiała Justyna Tawicka.
Gdybyśmy chcieli z fragmentów wszystkich pańskich ról stworzyć jednego bohatera, jak pan myśli, jaki byłby to człowiek?
Daniel Olbrychski: - Nie mam pojęcia... Właściwie to ja sam, z każdym rokiem, jestem inny. W życiu cały czas czegoś ubywa, a czegoś przybywa. Nie tylko kilogramów... Chociaż ważę właściwie tyle, ile ważyłem w "Potopie".
Sekret tkwi w ćwiczeniu "scyzoryków".
- Tak! (uśmiech) Wyjaśnijmy niewtajemniczonym, że "scyzoryki" są rodzajem skłonów, których codziennie rano staram się wykonać minimum 30! Ruch i wysiłek fizyczny to zresztą enzymy szczęścia.
Czy po 50 latach pracy na scenie jest pan w stanie powiedzieć, co jest najpiękniejszego w zawodzie aktora? Co daje panu w tym zawodzie szczęście?
- Każda rola pozwala na poszukanie w sobie nowych elementów, zastanowienia się nad światem, nad sobą i nad stosunkiem do innych ludzi. To dlatego ten zawód jest taki piękny. A lata uprawiania go powodują, że ma się umiejętność nie tylko poszukiwań, ale również pewien dar przekazania tego widowni - we właściwy sposób. Innymi słowy: przed kamerą, na scenie, trzeba umieć powiedzieć "kocham cię" do partnerki tak, by wzruszyć siedzącą pięćdziesiąt metrów dalej kobietę.
Czy pan jako wybitny aktor przyznaje sobie prawo do popełnienia błędów?
- To jest zawód nieustających pomyłek. Na każdej próbie popełnia się błędy. Wtedy mądry reżyser je koryguje. Często nawet rezultat końcowy, o którym marzymy, żeby był bliski ideałowi, może okazać się porażką.
Która z tych porażek zapadła panu w pamięć najbardziej?
- Miałem raz w życiu coś takiego... Widziałem w Grecji sztukę "Schody" - o podstarzałych gejach. Wydawała mi się wzruszająca i śmieszna. Przetłumaczyliśmy ją w Polsce, wyprodukowaliśmy z Genem Gutowskim i zagraliśmy z Radziwiłowiczem. Wydawało się, że po tylu latach grania, to będzie sukces. Ponieśliśmy klęskę, nie udało się...
Olbrychski: Kiedyś byłem sobą przerażony
Podobno bywają klęski, w których drzemie ukryte zwycięstwo.
- Klęski to są klęski. Trzeba się wtedy umieć podnieść. Nie znam boksera, poza Rocky Marciano, który by parę razy nie wylądował na deskach i nie znam jeźdźca, który by nie spadł z konia. To jest wliczone w nasze życie, nie tylko w nasz zawód.
Co by pan dzisiaj powiedział tamtemu sobie sprzed 50 lat? Jaką by pan dał radę jako aktorowi?
- Keep it - tak trzymaj!
Czyli od samego początku wszystko szło po pana myśli?
- Skąd! W pierwszych filmach wcale się sobie nie podobałem! Wie pani skąd się to bierze...? Z próżności. Nam wszystkim wydaje się, że jesteśmy piękniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi. Zobaczenie siebie po raz pierwszy na ekranie było dla mnie wstrząsem.
Olbrychski: Z każdym rokiem jestem inny
A jak jest w takim razie teraz?
- Teraz już się do siebie przyzwyczaiłem. Jestem, jaki jestem. Gdy oglądam materiały, patrzę na siebie już bardziej chłodno i profesjonalnie. W tym zawodzie nie można za bardzo siebie analizować. Zostawmy to dobrym reżyserom.
Na koniec, jak pan myśli - czy gdyby pokusić się o stworzenie profilu psychologicznego Daniela Olbrychskiego, byłaby to dusza bardziej rogata czy bardziej romantyczna?
- Jedno nie wyklucza drugiego. Czasami byłaby też strasznie sentymentalna i zamknięta w sobie, czasami zbyt poważna, a czasami błazeńska. Dlatego ciekawią mnie różne role. To jest taki zawód, który próbuje kompletnie opowiedzieć o człowieku. Można dowiedzieć się wiele o sobie i przekazać to innym. Dlatego kocham ten zawód już od 50 lat.
Które role Daniela Olbrychskiego są najlepsze? Sprawdź naszą listę! Kliknij po więcej!






~maja
Kiedys byl dobrym aktorem, bo to dzieki dobremu przygotowywaniu profesorow , a nie tak jak dzis ...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »