
Cudowne dziecko filmu? Raczej bękart kina. Potomek kinematograficznej tradycji mistrza spaghetti westernów - Sergio Leone. Tak jak filmy włoskiego reżysera były nie tylko wielkimi epickimi widowiskami, lecz także polemiką z hollywoodzkim wzorcem westernu, tak filmy Tarantino poddają w wątpliwość gatunkowe prawidła, w postmodernistyczny sposób mieszając konwencje i uzyskując nową jakość. Filmy Leone i Tarantino charakteryzują się też trudną do zdefiniowania właściwością - w sposób doskonały wyraża się w nich żywioł kina.
Kiedy Milan Kundera w zbiorze esejów "Sztuka powieści" próbował scharakteryzować "ducha powieści", powołał się wyzwalający humor wielkich dzieł powieściowych. Książki Rebelais'go, Cervantesa, Sterne'a, Diderota przenikała oczyszczająca moc komizmu. Ich dzieła były chichotem z Historii - mądra figlarność tych książek polegała na opatrzeniu prześmiewczym cudzysłowem polityczno-historycznej rzeczywistości, wzięciu jej w wykoślawiający nawias. W "Bękartach wojny" Tarantino udowadnia, że jest kontynuatorem tradycji wielkich powieściopisarzy, wyznawcą niepowagi.
Czymże innym niż zgrywą z Historii są jego "Bękarty wojny"? Ale przedstawienie własnej wersji upadku Hitlera i końca II wojny światowej nie ma w sobie nic z bluźnierstwa, to raczej dziecinna - dlatego radośnie bezczelna - chęć naprawy świata. Czy można się dziwić, że Tarantino postanowił idealistycznie zgładzić hitleryzm za pomocą potęgi kina? "Bękarty wojny" są przecież listem miłosnym do X muzy, ale są też pożegnaniem z tradycją wielkiego kina. Kina, które należy oglądać w kinie.
Oglądam na ekranie telewizora sekwencję, którą Tarantino nazwał "rozdziałem pierwszym" (już tu, już tu) swojego filmu. Spotkanie Hansa Landy (Christoph Weitz) z francuskim wieśniakiem Perrierem LaPaditem (Denis Menochet). Pierwsze ujęcie - córka LaPadite'a rozwiesza bieliznę przed domem, dobiegający z oddali niepokojący furkot samochodowych silników, powiewające na wietrze pranie, dyskretny motyw muzyczny z Ennio Morricone; Perrier LaPadite spokojnie rozkazuje córce wejść do domu. Dojrzałe piękno tego ujęcia, tak jasno i czysto odczuwalne w kinie, na małym ekranie zdaje się ledwie echem tamtego wrażenia, jedynie cieniem na ścianie Platońskiej jaskini, którą przecież najczęściej jest kino.
O tym, że dla Tarantino liczy się przede wszystkim piękno kina - najlepiej zaświadcza język jego filmu. To jeszcze nic, że bohaterowie "Bękartów wojny" mówią tu każdy we własnym języku: Niemcy - po niemiecku, Brytyjczycy - po angielsku, Amerykanie - po angielsku z jankeskim akcentem, Francuzi - po francusku. Najważniejsze jest jednak to, w jaki sposób mówią. Kiedy w wywiadzie dla "Sight & Sound" reżyser wyjaśniał dlaczego do roli Hansa Landy wybrał Christopha Weitza, zwrócił uwagę na szczególny talent austriackiego aktora do przekształcania napisanych w scenariuszu partii w poezję. "Przemiana banału w poezję" - uchwycenie tego rytmu i tego tempa - to według Tarantino specjalność Samuela L.Jacksona, któremu w "Bękartach wojny" reżyser powierzył funkcję narratora. Oglądając "Bękarty wojny" w domu, warto zamknąć oczy i wsłuchać się w melodię tego filmu.
"Bękarty wojny", TIM Film Studio, premiera DVD: 12 grudnia 2009
Sprawdź: Tania książka




Ambasador
Saga "Zmierzch": Księżyc w nowiu
~fp_slqkp
niestety
~papir
byłem na tym filmie na środach z orange. I naprawdę jest mega! Warto było go zobaczyć w kinie tak...
~Wookiee_CFC
Sam bym tego lepiej nie opisal. Bekarty to film kapitalny !!
dawno nie czerpalem takiej radosci z...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »